niedziela, 11 listopada 2012

Rozdział 30

[ by Sweet_Lemon ]
Ostatnie tygodnie spędzone z Demetrią były niczym raj dla duszy. Byłem ogromnie szczęśliwy, że miałem ją przy sobie całą i zdrową. Byłem w stu procentach pewny, że teraz nic nie stanie nam na drodze do szczęścia.

W końcu pozbyliśmy się Will’a, chociaż nie do końca jestem pewien, czy żył, kiedy wybuchła bomba. Z resztą, to już się nie liczy. Najważniejsze, że Demi nic się nie stało. Nie chciałem się z nią rozstawać, ani na sekundę. Dlatego tegoroczne święta mnie już nie cieszyły. Chociaż nie. Były inne. Były ostatnie w takim gronie. W przyszłym roku, jak dobrze pójdzie, do mojej rodziny dołączy kilka osób. Mama była wniebowzięta, kiedy dowiedziała się o moich zamiarach.

Świąteczna atmosfera unosiła się od samego rana w powietrzu. Razem z Kevinem na ochotnika zgłosiliśmy się do dekorowania domu na zewnątrz światełkami. Jak zwykle wkopaliśmy Juniora w „kuchenną pomoc domową”. Jego widok w czerwonym fartuszku mamy był komiczny. Stworzyliśmy nawet specjalny album ze zdjęciami Nicholasa w swojej corocznej roli.
- Tegoroczna zima daje się we znaki, nie Joe? Rąk nie czuje. – Powiedział Kev, schodząc z drabiny. – Zwłaszcza, że to JA zawsze muszę rozwieszać światełka. – Uśmiechnąłem się głupkowato. Moim zadaniem było podawanie mu ozdób. Wolałem to niż ubieranie choinki z ojcem.
- Nie moja wina, że jesteś starszy. – Uśmiechnąłem się szeroko.
- Moja też nie. Widzę, że twój związek kwitnie. – Powiedział.
- A owszem braciszku. Tak samo jak tobie. Kiedy ją poznamy?
- Jutro. Daj mi te przeklęte światełka! – Zacząłem się śmiać. Podałem bratu światełka. Uwielbiam święta.

- Pamiętaj, żeby zadzwonić jak będziesz na miejscu. Pozdrów ją od nas.
- Dobrze mamo. – Powiedziałem i pocałowałem rodzicielkę w policzek. To samo usłyszał mój braciszek, który pojechał po Mils, by oficjalnie przedstawić ją rodzince. Jakimś cudem ubłagałem ojca, by pozwolił mi jechać do Demi i ominąć to całe zamieszanie.
- Bądź grzeczny! – Krzyknął Kevin z salonu. Zignorowałem jego uwagę i wyszedłem z domu. Wprost nie mogłem się doczekać spotkania z ukochaną.


Podróż samochodem minęła w zaskakującym tempie. Przez chwilę zastanawiałem się czy na pewno w dobrym kierunku jadę. Jednak moje wątpliwości rozwiał dom z czerwonej cegły, stojący na rogu ulicy. W środku zimy wyglądał niesamowicie. Wjechałem na podjazd i zgasiłem silnik. Miałem przed sobą poważną i trudną rozmowę z rodzicami Demi. Modliłem się w duchu, żeby jej ojciec wyraził zgodę na nasz ślub. Odetchnąłem głęboko parę razy i wyszedłem z auta. Zima w Denver różniła się niż ta w Mieście Aniołów. Zastanawiałem się, dlaczego Demetria nie chciała tu zostać. Szybkim krokiem dotarłem do drzwi i nacisnąłem guzik. Dźwięk oznaczający przyjście gościa, rozległ się po domu, z głuchym echem. Po chwili usłyszałem kroki i twarz mojej dziewczyny.
- Joe? Co ty tu robisz? – Spytała. Była zaskoczona i o to mi chodziło.
- Jest drugi dzień świąt, więc przyjechałem do ciebie. – Powiedziałem i wszedłem do środka.
- Kocham cię. – Powiedziała i uwiesiła mi się na szyi.
- Naprawdę? Udowodnij. – Powiedziałem i zacząłem ją całować. Bardzo mi jej brakowało. Po chwili oderwała się ode mnie i z uśmiechem na ustach zaprowadziła mnie do salonu. - O, a ta mała istotka to, kto? – Zapytałem, spoglądając na śpiącą dziewczynkę.
- Córka siostry mojego taty, czyli moja siostra cioteczna. – z czułością poprawiła kocyk, którym mała była przykryta. Jednak jej twarz wyraźnie posmutniała.
- Ej, co się stało?
- Nic, nic. – Odpowiedziała szybko. Nie wróżyło to nic dobrego. Po kilku sekundach dotarło do mnie, że ta śpiąca, mała istotka przypomina jej nasze, nienarodzone dziecko.
- Myślisz o …- Zacząłem niepewnie, jednak mi przerwała.
- Tak. To moja wina. To przeze mnie jej lub jego nie ma na tym świecie. – Powiedziała, przytulając się do mnie. Głaskałem ją po włosach, żeby się uspokoiła.
- Skarbie, spokojnie. Nie obciążaj się.
- Nie mogę. Będę żyć ze świadomością, że przeze mnie zginęło nasze dziecko.
- Już cicho. Spokojnie, uspokój się. – nie było mi łatwo ją pocieszać. Sam wyobrażałem sobie nasze dziecko, kiedy Will porwał Demi. Jednak los bywa okrutny a my nie możemy nic na to poradzić.

Rozmowa z ‘przyszłym teściem’ poszła jak po maśle. Oczywiście pomijając fakt, że razem z jego szwagrem upiliśmy się na całego, przez co musiałem zostać na noc. Teraz pozostało mi tylko wybrać pierścionek i nie zmięknąć podczas oświadczyn. Dobrze, że mama i Mils zgodziły się wybrać mi pierścionek. Do tego Kevin działał mi na nerwy, śmiejąc się z moich nerwów. W końcu nie wytrzymałem i wybuchnąłem.
-Weź się zamknij do cholery! Zobaczymy jak będziesz wyglądał, kiedy się oświadczysz Danielle. Też się będę śmiał. – Powiedziałem i udałem się do swojego pokoju. To śmieszne, że jeszcze mama go zostawiła w takim stanie, w jakim był, kiedy opuszczałem dom. Położyłem się na łóżku i głośno westchnąłem. Wyjąłem z kieszeni czerwone pudełeczko i delikatnie je otworzyłem. Był diamentowy, oprawiony w białe złoto. Centralny diament był w kształcie serca, pozostałe były mniejsze. Od razu wpadł mi w oko. Miałem nadzieję, że spodoba się Demetrii. W blasku lampki nocnej mienił się niesamowicie. Uśmiechnąłem się lekko, wyobrażając go sobie na palcu Demi, podczas pokazu fajerwerków. Śmiałbym się dalej, gdyby nie pukanie do drzwi.
- Mogę? – Głowa Nicholasa niepewnie wyglądała zza drzwi.
- Jasne. – Odpowiedziałem. Zamknąłem pudełeczko i położyłem obok telefonu. Niezłe byłyby jaja, jakby go zapomniał.
- Jak emocje? Denerwujesz się? – Spytał, siadając obok mnie na łóżku. Popatrzyłem na niego jak na idiotę.
- Ślubu jeszcze nie biorę braciszku. – Powiedziałem i klepnąłem go w ramię. – Ale się denerwuję. Boje się, że odmówi.
- Na pewno tego nie zrobi Joe. Dużo przeszliście i należy się wam szczęście. Jestem przekonany, że zostanie w przyszłym roku moją bratową. I możesz się już przygotowywać do Sylwestra. Będzie niesamowicie! – Zawył Nick i wyszedł, zostawiając mnie samego.

Ostatni dzień roku zmierzał ku końcowi. Moja dziewczyna wyglądała nieziemsko w swojej sukience. Cieszyłem się, że mam ją przy sobie. Tańczyliśmy przytuleni do siebie i nic się nie liczyło poza nami.
- Ej, mała tylko nie zaśnij. – Zażartowałem.
- Mowy nie ma. – Odpowiedziała, podnosząc głowę.
- Szanowni goście, serdecznie zapraszamy na taras. Za chwilę Nowy Rok. – Przełknąłem głośno ślinę. Już czas. Serce mi przyspieszyło i przez moment myślałem, że zejdę z tego świata. Szybko jednak doszedłem do wniosku, że zachowuję się gorzej niż baba. Kiedy zaczęło się odliczanie odwróciłem, Demi przodem do siebie, bratu oddałem kieliszek z szampanem i sięgnąłem do kieszeni po najważniejszą rzecz.
-5! 4! 3! 2! 1!
-Demi, wyjdziesz za mnie? – Spytałem, klękając na kolano. Zauważyłem zaskoczenie w jej oczach i łzy.
- Tak Joe. Wyjdę za ciebie. – Wyszeptała. Wsunąłem pierścionek na palec i wziąłem ją w ramiona.

[ 6 miesięcy później ]

Cudownie było patrzeć na zakochanych w sobie Miley i Nicholasa. Obserwowałem jak Demi tańczy z moim bratem. Kto by pomyślał, że mój młodszy braciszek mnie wyprzedzi i pierwszy się ożeni. Uśmiechnąłem się, bo wkrótce do niego dołączę.
- Twój braciszek nieźle tańczy. Współczuję Mils. – Powiedziała Demi, siadając koło mnie. Szybko opróżniła zawartość szklanki z wodą i uśmiechnęła się szeroko.
- Kocham cię. – Szepnąłem i pocałowałem ją. Kiedy się od niej oderwałem, mruknęła z niezadowolenia.
- Nie mogę uwierzyć, że za dwa miesiące to my będziemy na ich miejscu. – Powiedziała, opierając się o moje ramię.
- Żałujesz, że się zgodziłaś?
- Oczywiście, że nie! Kocham cię najbardziej na świecie i nie wyobrażam sobie życia bez ciebie u boku. – Ponownie złączyła nasze usta w długim pocałunku. Była moim światem i tak samo jak ona, nie wyobrażałem sobie życia bez niej.

- Joe… Joey… Wstawaj kochanie, bo spóźnisz się do pracy.
- Nie idę dzisiaj. Leżymy w łóżku cały dzień. – Mruknąłem w odpowiedzi. Moja narzeczona zaśmiała się krótko i po chwili poczułem, ja coś mokrego ląduje na moich włosach, później na karku. – Lepiej wiej. – Powiedziałem, podnosząc się na łokciach. Demi zapiszczała i zaczęła uciekać. Zachowywaliśmy się czasami jak dzieci.
- Nie złapiesz mnie! – Krzyknęła, biegnąc do łazienki. Zacząłem się śmiać. Nie mogła się przyzwyczaić do nowego mieszkania i często zapominała, że są dwa wejścia do niej. Kiedy się zorientowała śmiała się razem ze mną.
- Demi, Demi…, Kiedy nauczysz się skarbie, że ze mną się nie wygrywa, co? – Zwolniłem nieco uścisk, w którym ją trzymałem i spojrzałem prosto w oczy.
- Może jednak zadzwoń do pracy i powiedz, że robimy sobie wolne, co? – Zapytała, pozbawiając mnie koszulki.
- Później. – Powiedziałem, w przerwie między pocałunkami.

[ 2 miesiące później ]

- Weź kilka wdechów i zobaczysz, że Ci przejdzie.
- Denerwuję się jak nigdy w życiu. – Powiedziałem, poprawiając krawat. Dziś był ważny dzień. Ślub z Demetrią, który sprawi, że do końca życia będzie moja.
- Wiesz co ci powiem Joe? Kiedy ja się żeniłem, to marzyłem tylko o nocy poślubnej z Mils. I o dziwo udało mi się nie denerwować. – Nicholas w możliwy sposób próbował mnie jakoś odstresować.
- Taa i teraz są tego skutki. Zostaniesz tatusiem! – Kevin zaczął bić brawo.
- To chyba dobrze, nie? My zostaniemy wujkami. – Powiedziałem. Wziąłem sobie radę Nicka do serca i jak idiota zacząłem myśleć o mojej przyszłej żonie i naszym miesiącu miodowym.
- Idźcie już, bo przez was mi odbija. Widzimy się na dole. – Powiedziałem i wypchałem braci za drzwi.
- Zachowujesz się jak baba! – Zdążył krzyknąć Kevin. Po chwili usłyszałem jak Nicholas uderza go w głowę i wrzeszczy. I kto tu się zachowuje jak baba?

Ceremonia odbywała się na plaży w pobliskim kościele. Czekając na Demetrię przestałem się denerwować. Skupiłem się tylko na nas. Kiedy razem z jej ojcem weszła do świątyni, zaparło mi dech w piersiach. Wyglądała cudownie w białej sukni.  Przed nią szła Stella i sypała czerwone róże. W tym momencie zapragnąłem poślubić ją jeszcze bardziej niż wcześniej. Kiedy doszła do mnie, a jej ojciec przekazał mi symbolicznie jej dłoń, nie mogłem się powstrzymać i ucałowałem jej zewnętrzną część dłoni. Ten gest oznaczał, że chcę należeć do niej. Kiedy ksiądz ogłosił nas mężem i żoną poczułem się w pełni szczęśliwy. Przed nami było całe życie i nikt ani nic nie mogło tego zmienić.

**********
O Mój Boże… Napisałam ten rozdział z ogromnym bólem. Nie mogę uwierzyć, że to ostatni rozdział. Tak samo jak w to, że wytrzymałyście z nami przez 18 miesięcy. Mam nadzieję, że nie zepsułam tego rozdziału. Bardzo się starałam, żeby wyszedł mi bardzo dobrze. Popłakałam się nawet. Ta historia była bardzo ważna dla mnie. Gdyby nie ona, to pewnie nigdy nie zaczęłabym rozmawiać z Myself xD Dziękuje Ci kochana za te 18 miesięcy. Dziwię się, że ze mną wytrzymałaś w ogóle ;D
Jako dodatek daję wam zdjęcia sukni Demi i jej pierścionka ;D
<look>
<look>
Cóż… Więc chyba to wszystko. Dziękuje Wam, że miłe komentarze i te nie miłe też ;D
Przed nami epilog, który należy do Myself ;D
Dziekuje.! ;**
Sweet_Lemon ;D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz