niedziela, 11 listopada 2012

Epilog

[ by Myself ]
Limuzyna zatrzymała się pod wielkim hotelem oświetlonym reflektorami. Podniosłam się do pozycji siedzącej a chwilę później kierowca otworzył drzwi. Czułam się jak gwiazda filmowa, wysiadając z auta prosto na czerwony dywan rozłożony przed wejściem do budynku. Wszystko było jak z bajki. Przepiękny hotel, ślub, wesele. Czułam się jak najszczęśliwsza osoba pod słońcem.

Oderwałam wzrok od tymczasowego miejsca zamieszkania i rozejrzałam się boki. Hotel z obu stron otaczały drzewa, krzewy i prze najróżniejsze kwiaty a gdy się dobrze  wsłuchało można było usłyszeć szum fal, co świadczyło o tym, że placówka znajdowała się blisko plaży przy Oceanie Atlantyckim.
- Jak ci się podoba? – Z transu wybudził mnie głos należący do mojego męża.
- Jest cudownie! – Odpowiedziałam odwracając się do niego i zarzucając mu ręce na szyję. On natomiast przyciągnął mnie do siebie i zaczął tak intensywnie wpatrywać się w moje oczy, twarz, usta, że na moich policzkach pojawiły się delikatne rumieńce, które nawet w mroku nocy nie uszły uwadze Joe’go.
- Czy ty się rumienisz? – Spytał z uśmiechem.
- Co?! Wcale nie! – Próbowałam skłamać, lecz chłopak popatrzył na mnie lekko rozbawiony.
- Kochanie, jesteśmy małżeństwem od ponad doby a ty już kłamiesz. – Stwierdził z uśmiechem.
- Dobra! Kłamałam! Ale to przez ciebie! – Powiedziałam udając obrażoną.
- Uwielbiam jak się denerwujesz. Zwłaszcza na mnie. – Odparł puszczając mnie.
- O ty chamiu. – Wypięłam mu język a po chwili poczułam usta chłopaka na swoich, jednak kilka sekund później oderwał się ode mnie, wziął nasze walizki i ruszył w kierunku wejścia do hotelu.
- Idziesz, czy będziesz tu sterczeć o piątej nad ranem? – Spytał z błyskiem w oku. Posłałam mu uśmiech i dołączyłam do niego.

-Trzy, dwa, jeden, pią! Jesteśmy na miejscu. – Powiedział Joe, gdy winda zatrzymała się na odpowiednim piętrze. – Panie przodem. – Dodał, gdy drzwi windy się rozsunęły ukazując zielony hol z panelami w kolorze złotym od połowy w dół.
- Który numer drzwi? – Spytałam biorąc od niego klucz.
- 539. – Odparł idąc za mną z naszym bagażem.
- Okej. 536, 537,538. Jest! – Włożyłam klucz do zamka i przekręciłam go otwierając tym samym drzwi do naszego apartamentu. Już chciałam wejść do środka, gdy Joe odepchnął mnie lekko na bok, wszedł z walizkami, które postawił w holu i wrócił do mnie.
 - Co to miało być? – Spytałam lekko zdziwiona.
- Chcę sobie zająć lepszą sypialnię. – Odparł i zaśmiał się, lecz po błysk w jego oczach i zawadiacki uśmiech utwierdziły mnie w przekonaniu, ze coś kombinuje i nie chodzi tu o zajęcie lepszej sypialni.
- Joe co ty … - Nie dane mi było dokończyć gdyż mój mąż wziął mnie na ręce i przeniósł przez próg i skierował się do jednego z pokoi. – Joey, wariacie! – Powiedziałam, gdy oboje wylądowaliśmy na miękkim mahoniowym łóżku z pościelą w kolorze delikatnego beżu. Przestałam się śmiać i spojrzałam mu w oczy.
- Kocham cię Joey. – Szepnęłam gładząc dłonią jego policzek.
- Ja ciebie też, słonko. – Odparł delikatnie mnie całując. A później przy pomocy ust obdarowujących mnie pocałunkami i rąk błądzących po całym ciele odciął mi kontakt z rzeczywistością, wyłączył calusieńki świat, sprawiając, że jedyne, o czym mogłam myśleć to on.

Gdy obudziłam się i przypomniałam sobie gdzie jestem spojrzałam na połowę łóżka, którą zajmował mój małżonek. Spał słodko, odkryty do połowy z uśmiechem na ustach. Mimowolnie sama się uśmiechnęłam, jednocześnie starając się powstrzymać myśli z przed dwóch dni próbujące przedostać się do mojego umysłu. Myśli o tym czy dobrze zrobiłam zgadzając się wyjść za niego. Miałam wrażenie, że wcale na niego nie zasługiwałam. Myślałam, że ta obawa minęła w chwili, gdy przed ołtarzem spojrzał na mnie oczami pełnymi szczęścia i miłości. Szczerej miłości, którą obdarzył właśnie mnie.

Jednak nie minęła.

Nie potrafiłam wyobrazić sobie nas osobno. Nie po tym, co razem przeszliśmy, aby w końcu móc stanąć na ślubnym kobiercu. Joe był moją przyszłością, moją jedyną prawdziwa miłością. Zawsze i na zawsze. Aż po kres naszej ziemskiej wędrówki.

Przekręciłam się na bok i palcem wskazującym zaczęłam delikatnie jeździć po jego odkrytym ciele. Nie zauważyłam nawet, kiedy się obudził. Dopiero jego głos przedarł się do zapełnionego myślami mojego umysłu.
- Niesamowite, budzić się obok osoby, którą kocha się najbardziej na świecie. – Powiedział przyciągając mnie do siebie tak, że po części na nim leżałam.
- Przepraszam, nie chciałam cię obudzić. – Odparłam.
- Nie obudziłaś skarbie. – Zaprzeczył od razu. – Ej, co jest? – Spytał widząc zapewne zmianę wyrazu mojej twarzy. Musiałam zadać mu to pytanie, mimo, że wydawało mi się, iż znam na nie odpowiedź.
- Joey, co będzie jak któregoś dnia pokochasz inną kobietę? – Wcięło go. Na jedną sekundę go wcięło. Zapewne nie spodziewał się takiego pytania z mojej strony.
- Dee, jedyną kobietą, którą pokocham tak jak ciebie będzie nasza córka. Nikt więcej. Dlaczego o tym w ogóle pomyślałaś? – Spytał zakładając pasmo moich włosów za ucho.
- Sama nie wiem. Po prostu nie chcę cię stracić. Już nigdy więcej. – Powiedziałam szczerze, patrząc w jego czekoladowe tęczówki.
- I nie stracisz. Hej, ja się nigdzie nie wybieram. Niczego więcej mi nie trzeba. Jesteś dla mnie wszystkim. Moim słońcem, które świeci każdego dnia, gwiazdami na nocnym niebie, które przypominają blask twoich oczu, jesteś moim światem, moim własnym kawałkiem zapomnienia, raju na tym świecie. Wierzysz mi? – Spytał poważnie.
- Zawsze i na zawsze. – Odparłam szczerze, uśmiechając się do niego i pozbawiona już wszelkich obaw podniosłam z podłogi moją pomarańczową tunikę, założyłam ją i podeszłam do walizki.
- A ty gdzie? – Spytał, gdy wyciągałam ze swojego bagażu czystą bieliznę, białą sukienkę bez ramiączek i lekki wełniany sweter ze sporymi dziurkami.
- Jak to gdzie? Jest godzina. – Spojrzałam na zegarek na ręku. – Po pierwszej, więc wstawaj! Idziemy coś zjeść a potem pozwiedzać miasto. – Wstałam i biorąc jeszcze kosmetyczkę skierowałam się do łazienki.
- Żartujesz sobie?! – Krzyknął za mną.
- Nie! – Odkrzyknęłam i zamknęłam drzwi.

Od ponad trzech godzin zwiedzaliśmy Rio de Janeiro – miasto słynące z piaszczystych plaż takich jak Ipanema czy Copacabana, którą mieliśmy odwiedzić na końcu gdyż mieścił się, przyniej nasz hotel.
Byliśmy już w katedrze i sambodromie, czyli miejscu świętowania karnawału a teraz szliśmy na Stadion Maracana. Na jutro miałam już zaplanowany wjazd na górę Corcovado i Głowę Cukru oraz przeleżenie na plaży pół dnia.
- Kobieto, zwolnij trochę. – Usłyszałam za sobą głos Joe’go, więc zatrzymałam się i odwróciłam do niego.
-  Ups, kochany, nie masz kondycji. Ale to nic, popracujemy nad tym. – Powiedziałam i łapiąc go za rękę pociągnęłam do wejścia na stadion.

Dochodziła godzina dwudziesta i słońce właśnie chyliło się ku zachodowi. Stąpając po ciepłym piasku plaży Copacabana powoli przemierzałam brzeg oceanu, wpatrując się to w ocean to w piasek przede mną. W pewnym momencie coś mignęło mi przed oczami. Zatrzymałam się, schyliłam i wzięłam przedmiot do ręki. Okazało się, że był to łańcuszek z zawieszką w kształcie serca, w którym jedna połówka była niewypełniona a druga miała w sobie bursztyn. Podniosłam się do pozycji pionowej i wzięłam zawieszkę pod światło z zachodzącego słońca.
- Znalazłaś to. – Usłyszałam za sobą delikatny szept, po czym poczułam ręce obejmujące mnie w pasie. Ułożyłam głowę na klatce piersiowej Joe’go i wciąż patrzyłam na wisiorek mieniący się w blasku ostatnich promieni słonecznych.
- Co masz namyśli mówiąc, że to znalazłam? – Spytałam cicho, przymykając oczy.
- Wiedziałem, że będziesz tędy przechodzić o tej porze. Uwielbiasz zachód słońca oglądany z plaży, więc to ja położyłem tam ten naszyjnik, bo wiedziałem, że nie umknie twojej uwadze.
- Jest śliczny. – Powiedziałam, po czym Joe wziął go ode mnie i zapiął mi go, na szyi.
- Spójrz na oprawkę części bez bursztynu. – Powiedział a ja zrobiłam to. Widniała tam jakaś data. A raczej nie jakaś. Data naszego ślubu. 3 Sierpnia 2011 roku.
- Dziękuję Joe. – Powiedziałam przytulając się do niego.
- Do usług. Zawsze i na zawsze. – Odparł, składając na moich ustach pocałunek o zachodzie słońca …

************************************
O MÓJ BOŻE! Niewierze, że to już koniec tego bloga. Że właśnie dziś pojawił się epilog. Mam tyle wspomnień związanych z tym blogiem. J
<3 Was –czytelników, bez których to opowiadanie nigdy by nie powstało. ;*
<3 Moją współautorkę – kochaną, cierpliwą i służącą pomocą zawsze jak nie miałam weny,co napisać.
<3 Kłopot xD -zawsze wtedy gdy w pewnym momencie już miałam ułożony plan rozdziału a raptem albo go zapominałam albo niespodziewanie zmieniałam :D

Tak, to jest forma podziękowań, xD
Naprawdę bardzo się starałam, żeby epilog wyszedł na poziomie, ale znając mnie pewnie coś skiepściłam więc nie odzywam się już ;)
na koniec macie zdjęcie naszyjnika >look< ;)

UWAGA: Jeżeli chcielibyście poznać dalsze losy bohaterów Love Or Lie serdecznie zapraszamy na http://dont-ever-miss-it.blog.onet.pl/gdzie już niedługo pojawią się bohaterowie, zwiastun i prolog ;* 
See ya
Myself

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz