[ by Myself ]
Limuzyna zatrzymała się pod wielkim hotelem
oświetlonym reflektorami. Podniosłam się do pozycji siedzącej a chwilę później
kierowca otworzył drzwi. Czułam się jak gwiazda filmowa, wysiadając z auta
prosto na czerwony dywan rozłożony przed wejściem do budynku. Wszystko było jak
z bajki. Przepiękny hotel, ślub, wesele. Czułam się jak najszczęśliwsza osoba
pod słońcem.
Oderwałam wzrok od tymczasowego miejsca zamieszkania i
rozejrzałam się boki. Hotel z obu stron otaczały drzewa, krzewy i prze
najróżniejsze kwiaty a gdy się dobrze wsłuchało można było usłyszeć szum
fal, co świadczyło o tym, że placówka znajdowała się blisko plaży przy Oceanie
Atlantyckim.
- Jak ci się
podoba? – Z transu wybudził mnie głos należący do mojego męża.
- Jest
cudownie! – Odpowiedziałam odwracając się do niego i zarzucając mu ręce na
szyję. On natomiast przyciągnął mnie do siebie i zaczął tak intensywnie
wpatrywać się w moje oczy, twarz, usta, że na moich policzkach pojawiły się
delikatne rumieńce, które nawet w mroku nocy nie uszły uwadze Joe’go.
- Czy ty się
rumienisz? – Spytał z uśmiechem.
- Co?! Wcale
nie! – Próbowałam skłamać, lecz chłopak popatrzył na mnie lekko rozbawiony.
- Kochanie,
jesteśmy małżeństwem od ponad doby a ty już kłamiesz. – Stwierdził z uśmiechem.
- Dobra!
Kłamałam! Ale to przez ciebie! – Powiedziałam udając obrażoną.
- Uwielbiam
jak się denerwujesz. Zwłaszcza na mnie. – Odparł puszczając mnie.
- O ty chamiu. – Wypięłam mu język a po chwili
poczułam usta chłopaka na swoich, jednak kilka sekund później oderwał się ode
mnie, wziął nasze walizki i ruszył w kierunku wejścia do hotelu.
- Idziesz,
czy będziesz tu sterczeć o piątej nad ranem? – Spytał z błyskiem w oku.
Posłałam mu uśmiech i dołączyłam do niego.
-Trzy, dwa, jeden, pią! Jesteśmy na
miejscu. – Powiedział Joe, gdy winda zatrzymała się na odpowiednim piętrze. –
Panie przodem. – Dodał, gdy drzwi windy się rozsunęły ukazując zielony hol z
panelami w kolorze złotym od połowy w dół.
- Który numer drzwi? – Spytałam biorąc od niego klucz.
- 539. – Odparł idąc za mną z naszym bagażem.
- Okej. 536, 537,538. Jest! – Włożyłam klucz do zamka
i przekręciłam go otwierając tym samym drzwi do naszego apartamentu. Już
chciałam wejść do środka, gdy Joe odepchnął mnie lekko na bok, wszedł z
walizkami, które postawił w holu i wrócił do mnie.
- Co to miało być? – Spytałam lekko zdziwiona.
- Chcę sobie zająć lepszą sypialnię. – Odparł i
zaśmiał się, lecz po błysk w jego oczach i zawadiacki uśmiech utwierdziły mnie
w przekonaniu, ze coś kombinuje i nie chodzi tu o zajęcie lepszej sypialni.
- Joe co ty … - Nie dane mi było dokończyć gdyż mój
mąż wziął mnie na ręce i przeniósł przez próg i skierował się do jednego z
pokoi. – Joey, wariacie! – Powiedziałam, gdy oboje wylądowaliśmy na miękkim
mahoniowym łóżku z pościelą w kolorze delikatnego beżu. Przestałam się śmiać i
spojrzałam mu w oczy.
- Kocham cię Joey. – Szepnęłam gładząc dłonią jego
policzek.
- Ja ciebie
też, słonko. – Odparł delikatnie mnie całując. A później przy pomocy ust
obdarowujących mnie pocałunkami i rąk błądzących po całym ciele odciął mi
kontakt z rzeczywistością, wyłączył calusieńki świat, sprawiając, że jedyne, o czym
mogłam myśleć to on.
Gdy obudziłam się i przypomniałam sobie gdzie jestem
spojrzałam na połowę łóżka, którą zajmował mój małżonek. Spał słodko, odkryty
do połowy z uśmiechem na ustach. Mimowolnie sama się uśmiechnęłam, jednocześnie
starając się powstrzymać myśli z przed dwóch dni próbujące przedostać się do
mojego umysłu. Myśli o tym czy dobrze zrobiłam zgadzając się wyjść za niego.
Miałam wrażenie, że wcale na niego nie zasługiwałam. Myślałam, że ta obawa
minęła w chwili, gdy przed ołtarzem spojrzał na mnie oczami pełnymi szczęścia i
miłości. Szczerej miłości, którą obdarzył właśnie mnie.
Jednak nie minęła.
Nie potrafiłam wyobrazić sobie nas osobno. Nie po tym,
co razem przeszliśmy, aby w końcu móc stanąć na ślubnym kobiercu. Joe był moją
przyszłością, moją jedyną prawdziwa miłością. Zawsze i na zawsze. Aż po kres
naszej ziemskiej wędrówki.
Przekręciłam się na bok i palcem wskazującym zaczęłam
delikatnie jeździć po jego odkrytym ciele. Nie zauważyłam nawet, kiedy się
obudził. Dopiero jego głos przedarł się do zapełnionego myślami mojego umysłu.
-
Niesamowite, budzić się obok osoby, którą kocha się najbardziej na świecie. –
Powiedział przyciągając mnie do siebie tak, że po części na nim leżałam.
-
Przepraszam, nie chciałam cię obudzić. – Odparłam.
- Nie
obudziłaś skarbie. – Zaprzeczył od razu. – Ej, co jest? – Spytał widząc zapewne
zmianę wyrazu mojej twarzy. Musiałam zadać mu to pytanie, mimo, że wydawało mi
się, iż znam na nie odpowiedź.
- Joey, co
będzie jak któregoś dnia pokochasz inną kobietę? – Wcięło go. Na jedną sekundę
go wcięło. Zapewne nie spodziewał się takiego pytania z mojej strony.
- Dee,
jedyną kobietą, którą pokocham tak jak ciebie będzie nasza córka. Nikt więcej. Dlaczego
o tym w ogóle pomyślałaś? – Spytał zakładając pasmo moich włosów za ucho.
- Sama nie
wiem. Po prostu nie chcę cię stracić. Już nigdy więcej. – Powiedziałam
szczerze, patrząc w jego czekoladowe tęczówki.
- I nie
stracisz. Hej, ja się nigdzie nie wybieram. Niczego więcej mi nie trzeba.
Jesteś dla mnie wszystkim. Moim słońcem, które świeci każdego dnia, gwiazdami
na nocnym niebie, które przypominają blask twoich oczu, jesteś moim światem,
moim własnym kawałkiem zapomnienia, raju na tym świecie. Wierzysz mi? – Spytał
poważnie.
- Zawsze i
na zawsze. – Odparłam szczerze, uśmiechając się do niego i pozbawiona już
wszelkich obaw podniosłam z podłogi moją pomarańczową tunikę, założyłam ją i
podeszłam do walizki.
- A ty
gdzie? – Spytał, gdy wyciągałam ze swojego bagażu czystą bieliznę, białą
sukienkę bez ramiączek i lekki wełniany sweter ze sporymi dziurkami.
- Jak to
gdzie? Jest godzina. – Spojrzałam na zegarek na ręku. – Po pierwszej, więc
wstawaj! Idziemy coś zjeść a potem pozwiedzać miasto. – Wstałam i biorąc
jeszcze kosmetyczkę skierowałam się do łazienki.
- Żartujesz
sobie?! – Krzyknął za mną.
- Nie! –
Odkrzyknęłam i zamknęłam drzwi.
Od ponad trzech godzin zwiedzaliśmy Rio de Janeiro –
miasto słynące z piaszczystych plaż takich jak Ipanema czy Copacabana, którą
mieliśmy odwiedzić na końcu gdyż mieścił się, przyniej nasz hotel.
Byliśmy już w katedrze i sambodromie, czyli miejscu
świętowania karnawału a teraz szliśmy na Stadion Maracana. Na jutro miałam już
zaplanowany wjazd na górę Corcovado i Głowę Cukru oraz przeleżenie na plaży pół
dnia.
- Kobieto, zwolnij
trochę. – Usłyszałam za sobą głos Joe’go, więc zatrzymałam się i odwróciłam do
niego.
- Ups, kochany, nie masz kondycji. Ale to nic,
popracujemy nad tym. – Powiedziałam i łapiąc go za rękę pociągnęłam do wejścia
na stadion.
Dochodziła godzina dwudziesta i słońce właśnie chyliło
się ku zachodowi. Stąpając po ciepłym piasku plaży Copacabana powoli
przemierzałam brzeg oceanu, wpatrując się to w ocean to w piasek przede mną. W pewnym
momencie coś mignęło mi przed oczami. Zatrzymałam się, schyliłam i wzięłam
przedmiot do ręki. Okazało się, że był to łańcuszek z zawieszką w kształcie
serca, w którym jedna połówka była niewypełniona a druga miała w sobie
bursztyn. Podniosłam się do pozycji pionowej i wzięłam zawieszkę pod światło z
zachodzącego słońca.
- Znalazłaś
to. – Usłyszałam za sobą delikatny szept, po czym poczułam ręce obejmujące mnie
w pasie. Ułożyłam głowę na klatce piersiowej Joe’go i wciąż patrzyłam na
wisiorek mieniący się w blasku ostatnich promieni słonecznych.
- Co masz
namyśli mówiąc, że to znalazłam? – Spytałam cicho, przymykając oczy.
-
Wiedziałem, że będziesz tędy przechodzić o tej porze. Uwielbiasz zachód słońca
oglądany z plaży, więc to ja położyłem tam ten naszyjnik, bo wiedziałem, że nie
umknie twojej uwadze.
- Jest
śliczny. – Powiedziałam, po czym Joe wziął go ode mnie i zapiął mi go, na szyi.
- Spójrz na
oprawkę części bez bursztynu. – Powiedział a ja zrobiłam to. Widniała tam jakaś
data. A raczej nie jakaś. Data naszego ślubu. 3 Sierpnia 2011 roku.
- Dziękuję
Joe. – Powiedziałam przytulając się do niego.
- Do usług.
Zawsze i na zawsze. – Odparł, składając na moich ustach pocałunek o zachodzie
słońca …
************************************
O
MÓJ BOŻE! Niewierze, że to już koniec tego bloga. Że właśnie dziś
pojawił się epilog. Mam tyle wspomnień związanych z tym blogiem. J
<3 Was –czytelników, bez których to opowiadanie nigdy by nie powstało. ;*
<3 Moją współautorkę – kochaną, cierpliwą i służącą pomocą zawsze jak nie miałam weny,co napisać.
<3
Kłopot xD -zawsze wtedy gdy w pewnym momencie już miałam ułożony plan
rozdziału a raptem albo go zapominałam albo niespodziewanie zmieniałam
:D
Tak, to jest forma podziękowań, xD
Naprawdę
bardzo się starałam, żeby epilog wyszedł na poziomie, ale znając mnie
pewnie coś skiepściłam więc nie odzywam się już ;)
na koniec macie zdjęcie naszyjnika >look< ;)
UWAGA: Jeżeli chcielibyście poznać dalsze losy bohaterów Love Or Lie serdecznie zapraszamy na http://dont-ever-miss-it.blog.onet.pl/gdzie już niedługo pojawią się bohaterowie, zwiastun i prolog ;*
See ya
Myself