[ by Myself ]
Kiedy ponownie zaczęłam się budzić nie
wiedziałam czy jest dzień czy noc. Kolejny dzień czy jednak wciąż ten sam.
Wiedziałam natomiast, że głowa strasznie mnie bolała a Will siedział sobie
spokojnie naprzeciwko mnie i uśmiechał się w ten okrutny sposób.
Powoli podniosłam się do pozycji
siedzącej – co wcale nie było takie łatwe jak mogłoby się wydawać - i spojrzałam
w dół. W miejscu gdzie spoczywała moje głowa, podłoga ubrudzona była krwią.
Moja krwią. Najwyraźniej sługus Willa uderzył mnie tak mocno, że na mojej
głowie pojawiły się nie małe obrażenia. Jednak, gdy powoli dochodziłam do
siebie zobaczyłam, że moje ręce nie są już związane z tyłu tylko swobodnie
mogłam nimi ruszać. No prawie swobodnie, gdyż czułam jakby ważyły z tonę. Do tego
sznur, który wcześniej spoczywał na moich nadgarstkach podrażnił rany po
niedawnych cięciach i teraz także ręce miałam umazane czerwoną cieczą. Nic
dziwnego, że byłam bardzo osłabiona skoro straciłam tyle krwi.
Nagle przede mną pojawił się do tej pory
nieznany mi facet z tacką w rękach. Kucnął obok mnie i bez słowa postawił tackę
z wodą mineralną i jakąś kupką kanapko podobną, po czym odszedł. Spojrzałam
dziwnie na Willa.
-
Jeszcze nie mam powodu, żeby cie zabić, chyba, że twój chłoptaś nie zrobi tego,
czego oczekuję. Poza tym przecież kiedyś byliśmy parą, więc jako twój były
chłopak muszę się o ciebie troszczyć. – Zironizował. Wiedziałam, że nie
powinnam przyjmować od niego jedzenia, bo kto wie czy nie wsypał tam jakiejś
trutki czy innych, ale pragnienie było okropne a suchość w gardle nie do
wytrzymania wiec powoli wzięłam butelkę, odkręciłam ją i upiłam kilka łyków, czując
się od razu ciutkę lepiej. Jednak za „kanapkę” nie miałam zamiaru się nawet
brać.
-
Czemu to robisz? – Spytałam i poczułam łzy gromadzące się w moich oczach. Will
wiedział, że to pytanie jest skierowane do niego, więc wstał ze swojego fotela
i ruszył w moim kierunku.
-
Kochanie zrozum, mając ciebie mogę szantażować Jonasa tak długo dopóki ty
żyjesz. A co za tym idzie, on żeby odzyskać ciebie zrobi wszystko. Jak dobrze
wiesz, mam na sumieniu parę przekrętów a nawet nieco poważniejszych rzeczy. Jednak,
gdy zażądam sobie nietykalności w zamian za ciebie jestem pewien, że długo nie
będzie się zastanawiał. No chyba, że postanowi odstawić jakiś numer - wtedy nie
będzie już tak miło. Wtedy zginie i on i ty. No może najpierw ty, żeby widział
jak cię traci. Potem wszystko będzie mu już obojętne. –Zakończył i zaczął
dokładnie się mi przyglądać.
-
Możesz zrobić wszystko ze mną, ale Joe’go zostaw w spokoju. Proszę. – Powiedziałam
a łzy już swobodnie spływały sobie po moich poobijanych policzkach.
-
Wyglądsz okropnie. – Odezwał się ponownie, całkowicie ignorując moje słowa.
–Ale teraz już wiesz, że z takimi jak ja się nie zaczyna. – Dodał. Następnie
wstał i wyszedł z pomieszczenia dając jakiś znak kilku facetom. Podeszli do
mnie, po czym wzięli mnie za ręce i nogi i wynieśli z budynku, sadzając dopiero
w jakimś dużym samochodzie. Dwóch goryli usiadło po moich obu stronach a reszta
wsiadła do innego samochodu. Po chwili w aucie pojawił się także Will, który
zasiadł za kierownicą. Odpalił silnik i bez słowa ruszył w nieznanym mi
kierunku. Czemu nieznanym? Dlatego, że szyby były przyciemnione i nic nie widziałam.
Zatrzymaliśmy się dopiero po pół
godzinie jazdy i jak się okazało byliśmy pod klubem skąd mnie porwano. Tym
razem udało mi się wysiąść z auta o własnych siłach, lecz goryle i tak trzymali
mnie za ręce, pewnie na wypadek gdybym chciała uciec czy coś. Weszliśmy tylnym
wejściem i zaraz skręciliśmy do biura kierownika.
-
Co tu robimy? – Spytałam. – I skąd masz klucze do biura?
-
Słonko, to jest mój klub. Ja jestem właścicielem, a teraz siedź cicho albo my
będziemy musieli cię uciszyć. – Powiedział i wyszedł z pomieszczenia
zostawiając mnie z James’em i jeszcze jakimś facetem. Jakieś 10 minut później, ponownie
usłyszałam jego głos. Tym razem mówił do kogoś, żeby przeszukać. Nie wiedziałam,
o co chodziło, dopóki nie usłyszałam głosu Joe’go. Momentalnie moje oczy
zrobiły się mokre. Przecież mówiłam, żeby nic nie robił! A tym czasem on mógł
właśnie sam wydać na siebie wyrok śmierci. Przecież Will był zdolny do
wszystkiego, do jasnej cholery!
-
Najpierw chcę ją zobaczyć. Potem uzgodnimy resztę. – Usłyszałam a po chwili
Will krzyknął do James’a.
-
No to James, pozwól Demetrii zobaczyć jej Romea.
-Tak
jest szefie. – Odpowiedział, po czym szarpnięciem za rękę podniósł mnie z ziemi
i pchnął w stronę drzwi. W malutkim lusterku zdążyłam tylko dostrzec kilka
siniaków na twarzy, kiedy stanęłam oko w oko z Joe. No prawie oko w oko. Odległość,
jaka nas dzieliła wynosiła ze 3 metry jednak to nie było teraz ważne.
Wpatrywałam się tylko w oczy Joe’go i widziałam w nich wszystkie uczucia, jakie
się w nim gromadziły. Widziałam też łzy. Chciałam podbiec do niego, przytulić
się, poczuć się bezpieczna w jego ramionach, ale to było niewykonalne.
Próbowałam jakoś wyrwać ręce z uścisku James’a ale wszystko szło na marne.
Jednak Joe’go nic nie powstrzymywało i już po chwili pędził w moją stronę
dopóki drogi nie zastawił mu Will.
-
Nie tak prędko Jonas. Najpierw kasa i nietykalność. – Joe po dłuższej chwili
przeniósł wzrok na Willa.
-
Skąd mam mieć pewność, że dotrzymasz umowy?
-
Nie masz jej. Na tym polega zabawa. – Odpowiedział i zaczął się śmiać. Widziałam
jak Joe uświadamiał sobie, że jest bezradny. Mógł zrobić tylko jedno.
-
Wygrałeś Will. Dostaniesz te 20 milionów i swoją pieprzoną nietykalność, ale
jeżeli jeszcze raz ty, albo któryś z twoich sługusów, uniesie chociażby palec
na Demi, osobiście cię zabije. A będzie to długa i bolesna śmierć. – Wycedził
jednak Will znowu zaczął się śmiać.
-
Doprawdy Jonas, ten żart ci się udał!
-
Jeszcze tylko jedno. Zostaw nas na chwilę samych. I tak już wygrałeś, więc co
ci szkodzi. – Powiedział Joe, po chwili. Will zastanowił się przez chwilę a
potem odpowiedział.
-
Słyszałeś James, Romeo chce zostać sam na sam z Julią. Zaprowadź państwa do mojego
biura. – Powiedział z udawaną uprzejmością. James znowu pchnął mnie w stronę
drzwi a za nim do pomieszczenia wszedł Joe.
-
Macie pięć minut i ani sekundy więcej. – Powiedział James i wyszedł z
pomieszczenia zamykając je na klucz. Przez chwilę nie wierzyłam, że naprawdę
zostawił nas samych. Ocierając łzy, podeszłam do Joe’go i przytuliłam się. Joe
długo nie czekał i już po chwili objął mnie równie mocno jak ja jego.
-
Przepraszam. Ja naprawdę nie chciałam, uwierz mi Joe. Nie wiem, czemu to
zrobiłam. Byłam kompletną idiotką. Uwierzyłam tej farbowanej blondynie a nie
tobie. Wybacz…
-Nie
płacz. Spokojnie Demi. Wszystko dobrze. To nie jest czas na tą rozmowę. Wyjaśnimy
sobie wszystko jak tylko cię stąd wydostaniemy. Obiecuje, wysłucham cię od
początku do końca, a teraz przestań płakać. Mam pomysł jak cię stąd wyciągnąć.
Nie będzie to zbyt bezpieczne, ale…
-
Joe, nie. Nie narażaj się. – Powiedziałam odsuwając się od niego.
-
Nie mam innego wyjścia. – Zdążył jeszcze powiedzieć, bo drzwi się otworzyły i
wszedł Will.
-
Odwiedziny skończone. Pamiętaj, masz czas do soboty inaczej już teraz się z nią
pożegnaj. – Powiedział a po chwili jego obstawa prawie, że wyrzuciła Joe’go zklubu.
[ Dwa dni później ]
Minęły dokładnie dwa dni. Dwa
długie dni. Wróciliśmy z powrotem do tej dziury, której i tak nie mogłam
rozpoznać. Z każdą minutą coraz bardziej bałam się. O Joe’go. O ten jego
niebezpieczny plan. Byłam strasznie słaba. Nie spałam, nie jadłam, piłam
jedynie wodę.
Był piątek, dochodziła już godzina 21. Siedziałam
w jakimś pomieszczeniu bez tylnego wyjścia, czyli bez żadnej ewentualnej drogi
ucieczki. Kolejny raz już patrzyłam jak wskazówka zegara zatacza koło,
informując, że kolejna minuta minęła, kiedy do pomieszczenia wszedł Will.
-
Twojemu chłoptasiowi zostały ostatnie godziny. – Powiedział. – Jeżeli się nie
zjawi, Demetria powie wszystkim pa, pa. – Zakpił i położył na półce coś
średniej wielkości.
-
Co to jest?
-
Bomba. Wybuchnie dokładnie o północy. Ale bądźmy dobrej myśli. Chociaż, może
lepiej nie. – Zaśmiał się i znowu wyszedł. Ty razem moim głównym obiektem
zainteresowania były czerwone cyfry na czarnym ekranie.
Przez kolejną godzinę starałam się
wydostać jakoś ręce ze sznura. Niestety moje starania szły na marne, a sznury nie
ustępowały. Rozejrzałam się po raz kolejny po pomieszczeniu, próbując znaleźć
coś, co mogłoby mi pomóc uwolnić ręce. Niestety, nic nie znalazłam. Już miałam
spuścić wzrok na moje związane nadgarstki, gdy w ostatniej chwili, na małym
drewnianym stoliku zauważyłam coś błyszczącego. Lecz pojawiły się kolejne
komplikacje. Stolik był oddalony ode mnie o jakieś 10 metrów, a ja nie miałam
siły się podnieść. Spojrzałam na cyfry na bombie. Zostały niecałe dwie godziny
a do tego nie wiedzieć, czemu przed oczami zaczęło mi się robić ciemno i czułam
jak powoli zapadam w sen.
Obudził mnie huk dochodzący zza drzwi. Potem
strzał, kolejny huk i kolejny strzał. Z przerażeniem spojrzałam na wskazówki
zegara. 23:54. Potem spojrzałam na czerwone cyferki na bombie. 6 minut. 6 minut
do wybuchu. Słysząc kolejny strzał, przerażona podniosłam się jakoś z ziemi i
podpierając się o ścianę doszłam do stolika. Okazało się, że to, co widziałam
było małym pilnikiem stolarskim. Złapałam go w jedną rękę, przekręciłam ostrzem
do dołu i przyłożyłam do sznura zaczynając piłować. Nagle do pomieszczenia
wpadł Will. Schowałam pilnik, nie chcąc, aby go zobaczył, jednak on nie patrzył
na to co robię, tylko podbiegł do mnie, owinął lewą rękę wokół mojej szyi,
prawie mnie dusząc i wyciągnął pistolet, który po chwili przyłożył do mojej
głowy. Po chwili drzwi ponownie się otworzyły i tym razem do pomieszczenia
wpadł zamaskowany facet z bronią w ręku. Policjant.
-
Puść dziewczynę! – Krzyknął.
-
Nie zbliżaj się, bo ona zginie! – Odkrzyknął Will. Policjant jednak wciąż się
zbliżała ja widząc, że Will jest zajęty policjantem, zaczęłam piłować sznur.
-
Powiedziałem nie zbliżaj się! – Ponownie krzyknął Will i mocniej zacisnął rękę na
mojej szyi, jednak ja nie przerwałam próby uwolnienia. Na chwilę oderwałam
wzrok od sznura i spojrzałam na bombę. Niecałe 3 minuty. Szybciej Demi, pomyślałam, Jeszcze
tylko trochę, kawałeczek. I udało się. Sznur rozpadł się na dwie części i
spadł na ziemię, podczas gdy ja złapałam za pistolet Willa i odsunęłam siła
jego rękę, niechcący naciskając spust. Rozległ się huk, który na chwilę
rozproszył wszystkich, jednak policjant w pomieszczeniu szybko interweniował. Podbiegł
do Willa i wykręcił mu rękę do tyłu, zmuszając do puszczenia mnie. Kolejne
spojrzenie na czerwone cyferki. Półtorej minuty.
-
Tu jest bomba! – Krzyknęłam, ale policjant mnie nie usłyszał. – Tu jest bomba!
– Ponowiłam. Tym razem spojrzał na mnie a ja ręką wskazałam urządzenie.
-
Musimy stąd wyjść! – Odkrzyknął. Zrozumiałam za pierwszym razem. Odwróciłam się
na pięcie i ignorując to, że zaczęło mi się kręcić w głowie podążyłam do
wyjścia.
-
Demi! – Usłyszałam a po chwili poczułam uścisk. Jessika. – Nic ci nie jest? Blado
wyglądasz. Chcesz pić?
-
Nie, musimy stad uciekać, i to szybko! – Powiedziałam. Jess nie pytając o nic więcej
wzięła mnie pod ramię i pomogła wyjść z budynku i oddalić się na bezpieczną
odległość.
-
Dee!– Kolejny krzyk i tym razem też wiedziałam, kto to, bo już po chwili silne
ramiona otoczyły mnie i przyciągnęły do siebie. – Nic ci nie jest? – Spytał.
-
N…nie. – Odpowiedziałam i mocniej przytuliłam się do Jonasa. Spojrzałam w stronę
wejścia, ale nie zauważyłam, żeby jakiś policjant wychodził stamtąd z Willem.
-
Tam jest jeszcze ktoś. – Powiedziałam. Joe spojrzał na mnie, po czym na wejście
i znowu na mnie.
-
Jess, zostań z nią. – Powiedział, „przekazując” mnie mojej przyjaciółce a sam
pobiegł w stronę wejścia.
-
Joe! Nie idź tam! – Krzyczałam, ale na nic się to nie zdało. Jonas kompletnie zignorował
moje prośby. – Joe! – I nic. Oparłam się o maskę samochodu i czekałam. Aż nagle
nastąpił … wybuch. Budynek zaczął się zapadać, na dworze było ciemno a teraz
jedynym źródłem światła były palące się części budynku. Momentalnie w moich
oczach zebrały się łzy zamazujące cały obraz, które już po chwili zaczęły
spływać po jeszcze poobijanych policzkach. Nie mogłam utrzymać się na
nogach. Nie, nie, nie, nie, nie. To nie prawda, nie zginął, musi żyć! Do
jasnej cholery, musi! Krzyczałam w myślach. Zanim kompletnie straciłam
kontakt z rzeczywistością, jak przez mgłę zauważyłam jeszcze dwie postacie
idące do nas.
To
Twoja wyobraźnia …
********************************************
Dobrywieczór.
Witam wszystkich czytających powyższy rozdział. Mam nadzieję,
że,chociaż trochę Wam się spodobał. Pisałam go naprawdę długo i pewnie
zajęłoby to jeszcze trochę czasu, ale sprężyłam się bo chciałam dodać go
w moim szczególnym dniu, mianowicie moich urodzinach. J Nie rozpisując się,zapraszam do wyrażania opinii na temat powyższego rozdziału.
Dedykacje:
-Sweet_Lemon – jeszcze trochę i byś chyba jajko zniosła xD ;*** Kolejny Twój ;D
-Passion – trzymam kciuki za Rogera ;D ;*
oraz
-Wszyscy pozostali, którzy czytają tego bloga. ;* Jesteście Kochani.
Donapisania.
Myself;*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz