niedziela, 11 listopada 2012

Rozdział 27

[ by Myself ]
Kiedy ponownie zaczęłam się budzić nie wiedziałam czy jest dzień czy noc. Kolejny dzień czy jednak wciąż ten sam. Wiedziałam natomiast, że głowa strasznie mnie bolała a Will siedział sobie spokojnie naprzeciwko mnie i uśmiechał się w ten okrutny sposób.

Powoli podniosłam się do pozycji siedzącej – co wcale nie było takie łatwe jak mogłoby się wydawać -  i spojrzałam w dół. W miejscu gdzie spoczywała moje głowa, podłoga ubrudzona była krwią. Moja krwią. Najwyraźniej sługus Willa uderzył mnie tak mocno, że na mojej głowie pojawiły się nie małe obrażenia. Jednak, gdy powoli dochodziłam do siebie zobaczyłam, że moje ręce nie są już związane z tyłu tylko swobodnie mogłam nimi ruszać. No prawie swobodnie, gdyż czułam jakby ważyły z tonę. Do tego sznur, który wcześniej spoczywał na moich nadgarstkach podrażnił rany po niedawnych cięciach i teraz także ręce miałam umazane czerwoną cieczą. Nic dziwnego, że byłam bardzo osłabiona skoro straciłam tyle krwi.

Nagle przede mną pojawił się do tej pory nieznany mi facet z tacką w rękach. Kucnął obok mnie i bez słowa postawił tackę z wodą mineralną i jakąś kupką kanapko podobną, po czym odszedł. Spojrzałam dziwnie na Willa.
- Jeszcze nie mam powodu, żeby cie zabić, chyba, że twój chłoptaś nie zrobi tego, czego oczekuję. Poza tym przecież kiedyś byliśmy parą, więc jako twój były chłopak muszę się o ciebie troszczyć. – Zironizował. Wiedziałam, że nie powinnam przyjmować od niego jedzenia, bo kto wie czy nie wsypał tam jakiejś trutki czy innych, ale pragnienie było okropne a suchość w gardle nie do wytrzymania wiec powoli wzięłam butelkę, odkręciłam ją i upiłam kilka łyków, czując się od razu ciutkę lepiej. Jednak za „kanapkę” nie miałam zamiaru się nawet brać.
- Czemu to robisz? – Spytałam i poczułam łzy gromadzące się w moich oczach. Will wiedział, że to pytanie jest skierowane do niego, więc wstał ze swojego fotela i ruszył w moim kierunku.
- Kochanie zrozum, mając ciebie mogę szantażować Jonasa tak długo dopóki ty żyjesz. A co za tym idzie, on żeby odzyskać ciebie zrobi wszystko. Jak dobrze wiesz, mam na sumieniu parę przekrętów a nawet nieco poważniejszych rzeczy. Jednak, gdy zażądam sobie nietykalności w zamian za ciebie jestem pewien, że długo nie będzie się zastanawiał. No chyba, że postanowi odstawić jakiś numer - wtedy nie będzie już tak miło. Wtedy zginie i on i ty. No może najpierw ty, żeby widział jak cię traci. Potem wszystko będzie mu już obojętne. –Zakończył i zaczął dokładnie się mi przyglądać.
- Możesz zrobić wszystko ze mną, ale Joe’go zostaw w spokoju. Proszę. – Powiedziałam a łzy już swobodnie spływały sobie po moich poobijanych policzkach.
- Wyglądsz okropnie. – Odezwał się ponownie, całkowicie ignorując moje słowa. –Ale teraz już wiesz, że z takimi jak ja się nie zaczyna. – Dodał. Następnie wstał i wyszedł z pomieszczenia dając jakiś znak kilku facetom. Podeszli do mnie, po czym wzięli mnie za ręce i nogi i wynieśli z budynku, sadzając dopiero w jakimś dużym samochodzie. Dwóch goryli usiadło po moich obu stronach a reszta wsiadła do innego samochodu. Po chwili w aucie pojawił się także Will, który zasiadł za kierownicą. Odpalił silnik i bez słowa ruszył w nieznanym mi kierunku. Czemu nieznanym? Dlatego, że szyby były przyciemnione i nic nie widziałam.

Zatrzymaliśmy się dopiero po pół godzinie jazdy i jak się okazało byliśmy pod klubem skąd mnie porwano. Tym razem udało mi się wysiąść z auta o własnych siłach, lecz goryle i tak trzymali mnie za ręce, pewnie na wypadek gdybym chciała uciec czy coś. Weszliśmy tylnym wejściem i zaraz skręciliśmy do biura kierownika.
- Co tu robimy? – Spytałam. – I skąd masz klucze do biura?
- Słonko, to jest mój klub. Ja jestem właścicielem, a teraz siedź cicho albo my będziemy musieli cię uciszyć. – Powiedział i wyszedł z pomieszczenia zostawiając mnie z James’em i jeszcze jakimś facetem. Jakieś 10 minut później, ponownie usłyszałam jego głos. Tym razem mówił do kogoś, żeby przeszukać. Nie wiedziałam, o co chodziło, dopóki nie usłyszałam głosu Joe’go. Momentalnie moje oczy zrobiły się mokre. Przecież mówiłam, żeby nic nie robił! A tym czasem on mógł właśnie sam wydać na siebie wyrok śmierci. Przecież Will był zdolny do wszystkiego, do jasnej cholery!
- Najpierw chcę ją zobaczyć. Potem uzgodnimy resztę. – Usłyszałam a po chwili Will krzyknął do James’a.
- No to James, pozwól Demetrii zobaczyć jej Romea.
-Tak jest szefie. – Odpowiedział, po czym szarpnięciem za rękę podniósł mnie z ziemi i pchnął w stronę drzwi. W malutkim lusterku zdążyłam tylko dostrzec kilka siniaków na twarzy, kiedy stanęłam oko w oko z Joe. No prawie oko w oko. Odległość, jaka nas dzieliła wynosiła ze 3 metry jednak to nie było teraz ważne. Wpatrywałam się tylko w oczy Joe’go i widziałam w nich wszystkie uczucia, jakie się w nim gromadziły. Widziałam też łzy. Chciałam podbiec do niego, przytulić się, poczuć się bezpieczna w jego ramionach, ale to było niewykonalne. Próbowałam jakoś wyrwać ręce z uścisku James’a ale wszystko szło na marne. Jednak Joe’go nic nie powstrzymywało i już po chwili pędził w moją stronę dopóki drogi nie zastawił mu Will.
- Nie tak prędko Jonas. Najpierw kasa i nietykalność. – Joe po dłuższej chwili przeniósł wzrok na Willa.
- Skąd mam mieć pewność, że dotrzymasz umowy?
- Nie masz jej. Na tym polega zabawa. – Odpowiedział i zaczął się śmiać. Widziałam jak Joe uświadamiał sobie, że jest bezradny. Mógł zrobić tylko jedno.
- Wygrałeś Will. Dostaniesz te 20 milionów i swoją pieprzoną nietykalność, ale jeżeli jeszcze raz ty, albo któryś z twoich sługusów, uniesie chociażby palec na Demi, osobiście cię zabije. A będzie to długa i bolesna śmierć. – Wycedził jednak Will znowu zaczął się śmiać.
- Doprawdy Jonas, ten żart ci się udał!
- Jeszcze tylko jedno. Zostaw nas na chwilę samych. I tak już wygrałeś, więc co ci szkodzi. – Powiedział Joe, po chwili. Will zastanowił się przez chwilę a potem odpowiedział.
- Słyszałeś James, Romeo chce zostać sam na sam z Julią. Zaprowadź państwa do mojego biura. – Powiedział z udawaną uprzejmością. James znowu pchnął mnie w stronę drzwi a za nim do pomieszczenia wszedł Joe.
- Macie pięć minut i ani sekundy więcej. – Powiedział James i wyszedł z pomieszczenia zamykając je na klucz. Przez chwilę nie wierzyłam, że naprawdę zostawił nas samych. Ocierając łzy, podeszłam do Joe’go i przytuliłam się. Joe długo nie czekał i już po chwili objął mnie równie mocno jak ja jego.
- Przepraszam. Ja naprawdę nie chciałam, uwierz mi Joe. Nie wiem, czemu to zrobiłam. Byłam kompletną idiotką. Uwierzyłam tej farbowanej blondynie a nie tobie. Wybacz…
-Nie płacz. Spokojnie Demi. Wszystko dobrze. To nie jest czas na tą rozmowę. Wyjaśnimy sobie wszystko jak tylko cię stąd wydostaniemy. Obiecuje, wysłucham cię od początku do końca, a teraz przestań płakać. Mam pomysł jak cię stąd wyciągnąć. Nie będzie to zbyt bezpieczne, ale…
- Joe, nie. Nie narażaj się. – Powiedziałam odsuwając się od niego.
- Nie mam innego wyjścia. – Zdążył jeszcze powiedzieć, bo drzwi się otworzyły i wszedł Will.
- Odwiedziny skończone. Pamiętaj, masz czas do soboty inaczej już teraz się z nią pożegnaj. – Powiedział a po chwili jego obstawa prawie, że wyrzuciła Joe’go zklubu.

[ Dwa dni później ]
 Minęły dokładnie dwa dni. Dwa długie dni. Wróciliśmy z powrotem do tej dziury, której i tak nie mogłam rozpoznać.  Z każdą minutą coraz bardziej bałam się. O Joe’go. O ten jego niebezpieczny plan. Byłam strasznie słaba. Nie spałam, nie jadłam, piłam jedynie wodę.

Był piątek, dochodziła już godzina 21. Siedziałam w jakimś pomieszczeniu bez tylnego wyjścia, czyli bez żadnej ewentualnej drogi ucieczki. Kolejny raz już patrzyłam jak wskazówka zegara zatacza koło, informując, że kolejna minuta minęła, kiedy do pomieszczenia wszedł Will.
- Twojemu chłoptasiowi zostały ostatnie godziny. – Powiedział. – Jeżeli się nie zjawi, Demetria powie wszystkim pa, pa. – Zakpił i położył na półce coś średniej wielkości.
- Co to jest?
- Bomba. Wybuchnie dokładnie o północy. Ale bądźmy dobrej myśli. Chociaż, może lepiej nie. – Zaśmiał się i znowu wyszedł. Ty razem moim głównym obiektem zainteresowania były czerwone cyfry na czarnym ekranie.

Przez kolejną godzinę starałam się wydostać jakoś ręce ze sznura. Niestety moje starania szły na marne, a sznury nie ustępowały. Rozejrzałam się po raz kolejny po pomieszczeniu, próbując znaleźć coś, co mogłoby mi pomóc uwolnić ręce. Niestety, nic nie znalazłam. Już miałam spuścić wzrok na moje związane nadgarstki, gdy w ostatniej chwili, na małym drewnianym stoliku zauważyłam coś błyszczącego. Lecz pojawiły się kolejne komplikacje. Stolik był oddalony ode mnie o jakieś 10 metrów, a ja nie miałam siły się podnieść. Spojrzałam na cyfry na bombie. Zostały niecałe dwie godziny a do tego nie wiedzieć, czemu przed oczami zaczęło mi się robić ciemno i czułam jak powoli zapadam w sen.

Obudził mnie huk dochodzący zza drzwi. Potem strzał, kolejny huk i kolejny strzał. Z przerażeniem spojrzałam na wskazówki zegara. 23:54. Potem spojrzałam na czerwone cyferki na bombie. 6 minut. 6 minut do wybuchu. Słysząc kolejny strzał, przerażona podniosłam się jakoś z ziemi i podpierając się o ścianę doszłam do stolika. Okazało się, że to, co widziałam było małym pilnikiem stolarskim. Złapałam go w jedną rękę, przekręciłam ostrzem do dołu i przyłożyłam do sznura zaczynając piłować. Nagle do pomieszczenia wpadł Will. Schowałam pilnik, nie chcąc, aby go zobaczył, jednak on nie patrzył na to co robię, tylko podbiegł do mnie, owinął lewą rękę wokół mojej szyi, prawie mnie dusząc i wyciągnął pistolet, który po chwili przyłożył do mojej głowy. Po chwili drzwi ponownie się otworzyły i tym razem do pomieszczenia wpadł zamaskowany facet z bronią w ręku. Policjant.
- Puść dziewczynę! – Krzyknął.
- Nie zbliżaj się, bo ona zginie! – Odkrzyknął Will. Policjant jednak wciąż się zbliżała ja widząc, że Will jest zajęty policjantem, zaczęłam piłować sznur.
- Powiedziałem nie zbliżaj się! – Ponownie krzyknął Will i mocniej zacisnął rękę na mojej szyi, jednak ja nie przerwałam próby uwolnienia. Na chwilę oderwałam wzrok od sznura i spojrzałam na bombę. Niecałe 3 minuty. Szybciej Demi,  pomyślałam, Jeszcze tylko trochę, kawałeczek. I udało się. Sznur rozpadł się na dwie części i spadł na ziemię, podczas gdy ja złapałam za pistolet Willa i odsunęłam siła jego rękę, niechcący naciskając spust. Rozległ się huk, który na chwilę rozproszył wszystkich, jednak policjant w pomieszczeniu szybko interweniował. Podbiegł do Willa i wykręcił mu rękę do tyłu, zmuszając do puszczenia mnie. Kolejne spojrzenie na czerwone cyferki. Półtorej minuty.
- Tu jest bomba! – Krzyknęłam, ale policjant mnie nie usłyszał. – Tu jest bomba! – Ponowiłam. Tym razem spojrzał na mnie a ja ręką wskazałam urządzenie.
- Musimy stąd wyjść! – Odkrzyknął. Zrozumiałam za pierwszym razem. Odwróciłam się na pięcie i ignorując to, że zaczęło mi się kręcić w głowie podążyłam do wyjścia.
- Demi! – Usłyszałam a po chwili poczułam uścisk. Jessika. – Nic ci nie jest? Blado wyglądasz. Chcesz pić?
- Nie, musimy stad uciekać, i to szybko! – Powiedziałam. Jess nie pytając o nic więcej wzięła mnie pod ramię i pomogła wyjść z budynku i oddalić się na bezpieczną odległość.
- Dee!– Kolejny krzyk i tym razem też wiedziałam, kto to, bo już po chwili silne ramiona otoczyły mnie i przyciągnęły do siebie. – Nic ci nie jest? – Spytał.
- N…nie. – Odpowiedziałam i mocniej przytuliłam się do Jonasa. Spojrzałam w stronę wejścia, ale nie zauważyłam, żeby jakiś policjant wychodził stamtąd z Willem.
- Tam jest jeszcze ktoś. – Powiedziałam. Joe spojrzał na mnie, po czym na wejście i znowu na mnie.
- Jess, zostań z nią. – Powiedział, „przekazując” mnie mojej przyjaciółce a sam pobiegł w stronę wejścia.
- Joe! Nie idź tam! – Krzyczałam, ale na nic się to nie zdało. Jonas kompletnie zignorował moje prośby. – Joe! – I nic. Oparłam się o maskę samochodu i czekałam. Aż nagle nastąpił … wybuch. Budynek zaczął się zapadać, na dworze było ciemno a teraz jedynym źródłem światła były palące się części budynku. Momentalnie w moich oczach zebrały się łzy zamazujące cały obraz, które już po chwili zaczęły spływać po jeszcze poobijanych policzkach. Nie mogłam utrzymać się na nogach. Nie, nie, nie, nie, nie. To nie prawda, nie zginął, musi żyć! Do jasnej cholery, musi! Krzyczałam w myślach. Zanim kompletnie straciłam kontakt z rzeczywistością, jak przez mgłę zauważyłam jeszcze dwie postacie idące do nas. 
To Twoja wyobraźnia …

********************************************
Dobrywieczór. Witam wszystkich czytających powyższy rozdział. Mam nadzieję, że,chociaż trochę Wam się spodobał. Pisałam go naprawdę długo i pewnie zajęłoby to jeszcze trochę czasu, ale sprężyłam się bo chciałam dodać go w moim szczególnym dniu, mianowicie moich urodzinach. J Nie rozpisując się,zapraszam do wyrażania opinii na temat powyższego rozdziału.
Dedykacje:
-Sweet_Lemon – jeszcze trochę i byś chyba jajko zniosła xD ;*** Kolejny Twój ;D
-Passion – trzymam kciuki za Rogera ;D ;*
oraz
-Wszyscy pozostali, którzy czytają tego bloga. ;* Jesteście Kochani.
Donapisania.
Myself;*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz