[ by Sweet_Lemon ]
Walczyłem ze sobą, by nie uderzyć Jamesa
albo Will’a. Ich porozumiewanie się było obrzydliwe. Spojrzałem na porywacza
zdenerwowany.
-
Tak jest szefie. – Powiedział James i poszedł do drzwi na przeciwko. Po chwili
wrócił z Demi. Moją Demi. Byłem wściekły. Traktowali ją jak jakąś marionetkę, a
to mi się nie podobało. Miałem ochotę płakać. Była wykończona i słaba,
widziałem to. Nie zastanawiałem się dłużej i zacząłem iść w jej stronę.
Niestety Will mi przeszkodził.
-
Nie tak prędko Jonas. Najpierw kasa i nietykalność. – Powiedział. Zacisnąłem
mocno zęby, ale dalej patrzyłem na Demi. Dopiero po chwili, powoli spojrzałem
na Jamesa.
-
Skąd mam mieć pewność, że dotrzymasz umowy? – Spytałem. Wolałem mieć jakieś
liche potwierdzenie jego słów.
-
Nie masz jej. Na tym polega zabawa. – Powiedział i zaczął się śmiać. Byłem w
kropce. Nie miałem zielonego pojęcia, co teraz robić. Najważniejsze, żeby Demi
była cała i zdrowa. To się dla mnie teraz liczyło. Musiałem zrobić wszystko, by
wreszcie dał nam spokój.
-
Wygrałeś Will. Dostaniesz te 20 milionów i swoją pieprzoną nietykalność, ale
jeżeli jeszcze raz ty, albo któryś z twoich sługusów, uniesie chociażby palec
na Demi, osobiście cię zabije. A będzie to długa i bolesna śmierć. – W swoje
słowa dałem tyle jadu i wściekłości na ile było mnie teraz stać.
-
Doprawdy Jonas, ten żart ci się udał! – Musiałem się opanować. Ten kretyn mnie
irytował i z każdą sekundą miałem ochotę go zabić, ale wiedziałem, że i tak
przegram.
-
Jeszcze tylko jedno. Zostaw nas na chwilę samych. I tak już wygrałeś, więc co
ci szkodzi. – to była jedyna rzecz, jaką chciałem dziś zrobić. Możność
przytulenia jej do siebie, była celem mojego przybycia na spotkanie z Will’em.
-
Słyszałeś James, Romeo chce zostać sam na sam z Julią. Zaprowadź państwa do
mojego biura. – patrzyłem jak popycha Demi do miejsca, gdzie ją przetrzymują
i potem się odwraca.
-
Macie pięć minut i ani sekundy więcej. – Kiedy zamknął nas na klucz, poczułem
małą ulgę. Może jednak Will nie jest aż takim zimnym draniem? Patrzyłem na
zapłakaną Demi, która chwilę później tkwiła w moich objęciach. I wtedy wpadłem
na genialny pomysł uwolnienia mojej ukochanej.
-
Przepraszam. Ja naprawdę nie chciałam, uwierz mi Joe. Nie wiem, czemu to
zrobiłam. Byłam kompletną idiotką. Uwierzyłam tej farbowanej blondynie a nie
tobie. Wybacz…
-
Nie płacz. Spokojnie Demi. Wszystko dobrze. To nie jest czas na tą rozmowę.
Wyjaśnimy sobie wszystko jak tylko cię stąd wydostaniemy. Obiecuje, wysłucham
cię od początku do końca, a teraz przestań płakać. Mam pomysł jak cię stąd wyciągnąć.
Nie będzie to zbyt bezpieczne, ale…
-
Joe, nie. Nie narażaj się. – Powiedziała odsuwając się ode mnie. Wybacz Skabie,
ale podjąłem już decyzję.
-
Nie mam innego wyjścia. – Ledwo, co wypowiedziałem te słowa i do pomieszczenia
wszedł Will. Czyżby 5 minut już minęło?
-
Odwiedziny skończone. Pamiętaj, masz czas do soboty inaczej już teraz się z nią
pożegnaj. – Powiedział, a jego ludzie siłą wyprowadzili mnie z klubu.
Nie zamierzałem spać tej nocy. Musiałem
porozmawiać z dyrektorem i wyjaśnić wszystkim mój plan działania. Byłem
zmęczony i słaby. W drodze na komisariat cały czas miałem Demi przed oczami. W
tym momencie przyrzekłem sobie, że Will spędza teraz ostatnie dni życia.
Wiedziałem, że Will wysłał jednego ze
swoich ludzi, by mnie śledzili. Przez chwilę chciało mi się z tego śmiać. Po
godzinie jazdy w końcu byłem na miejscu. Wysiadłem z samochodu, wcześniej
biorąc broń i odznakę. Spojrzałem na samochód, który stał ode mnie w odległości
jakiś 6 metrów, na przeciwnej stronie ulicy. Pomachałem kolesiowi, żeby trochę
go podenerwować i udałem się do środka. Ledwo, co przekroczyłem próg
komisariatu, a sztab ludzi namnożył się koło mnie, niczym mrówki.
-
Jak poszło?!
-
Co z Demi?! Oddadzą ją?!
-
Co szef ustalił z Will’em?!
-
Kiedy wróci Demetia?! – Każdy się przekrzykiwał. Z trudem się przeciskałem
przez nich.
Dopiero Jess uratowała sprawę.
-Wszyscy
się zamknijcie w tym momencie do cholery! Nie widzicie, że jest zmęczony?!
Dajcie mu, choć przez chwilę spokój! Weźcie się do roboty! Już! – Warknęła
wściekła. Nie miałem siły by jej podziękować, dlatego posłałem jej blady
uśmiech i skierowałem się do swojego biura. Jess podążała za mną, nie odzywając
się. Chyba, jako jedyna, oprócz Miley i mojej rodziny wiedziała, co czuję.
-
Przynieś mi podwójną kawę. Najlepiej 3 takie. Musze pomyśleć. – Powiedziałem.
Jess pokiwała twierdząco głową i znikła za drzwiami. Przymknąłem na chwilę
zmęczone powieki i starałem się coś wymyślić. Oddychałem głęboko i starałem się
uspokoić. Po chwili poczułem zapach kawy. Powoli otworzyłem oczy i spojrzałem
na Jess.
-
Będzie dobrze Joe. Odbijemy ją. – Mam
taką nadzieję, pomyślałem.
-
Zwołaj zebranie zarządu za 15 minut w konferencyjnej. – Powiedziałem. Wziąłem
kubek z ciepłą kawą i upiłem kilka łyków. – Teraz zostaw mnie samego.
Od mojego spotkania z Demi minęło
zaledwie 29 godzin, a ja od tego czasu ani razu nie zmrużyłem oka. Ciągnąłem na
kawach i ciągle zastanawiałem się, czy to, co robię, jest dobre. Wiedziałem, że
muszę ją uratować. Nie mogłem pozwolić, by ją znów stracić. Cieszyłem się, że
dyrektor wyraził zgodę na mój atak. Był całkowicie bezpieczny i podobał mi się.
Już dawno wpadł mi on do głowy, ale nie było okazji, żeby go zrealizować. Był
jeden powód, który nie bardzo przypadł mi do gustu. Dyrektor nakazał mi
odpocząć przed akcją, a ja za bardzo nie chciałem go słuchać. Bałem się jak
cholera o Demi. Will już od dłuższego czasu się ze mną nie kontaktował. Pewnie
uznał, że wystarczy mu to, że jego koleś mnie śledzi. Co za głupek.
Potarłem dłońmi zmęczone skronie i
starałem się uspokoić. Z reguły byłem optymistą, ale w tym momencie miałem
dość. Chciałem tą sprawę załatwić jak najszybciej. W końcu musiałem poważnie
porozmawiać z ukochaną. Jedyne, czego potrzebowałem, to jej bliskość. Chwila,
dzięki której mogłem ją przytulić po wielu miesiącach rozłąki, była dla mnie
niczym wejście do Raju. Chciałem by było tak zawsze. By Demi towarzyszyła mi
przez całe życie. Kochaliśmy się i to było najważniejsze.
- Musimy porozmawiać Joseph. –
zastanawiałem się co Jess chciała mi powiedzieć. Westchnąłem i usiadłem w
fotelu, gestem dłoni nakazując jej, by usiadła naprzeciwko. – Uprzedzam, że nie
będzie to miła rozmowa. Zwłaszcza dla ciebie. – Powinienem był się bać, ale
jakoś mnie to mało obchodziło.
-
Słucham. – Powiedziałem zrezygnowany.
-
Dyrektor Martin powiedział, że jeśli nie odpoczniesz przed jutrzejszą akcją,
nie będziesz mógł brać w niej udziału. – Powiedziała na wydechu i oczekiwała
mojej reakcji.
-
Mam gdzieś jego nakazy. Jestem ciekaw czy on sam by się tak zachowywał, gdyby
mu żonę porwali. – prychnąłem. Byłem wściekły. Wstałem z miejsca i spojrzałem
na samochód, który stał naprzeciwko mojego okna. Strażnik Will’a ciągle w nim
siedział. Musiałem coś z tym zrobić. – Drugi wspólnik Will’a daje jest w celi?
– Spytałem, nie odwracając wzroku od samochodu.
-
Tak. Dlaczego pytasz? – Spytała. W jej głosie wyczułem nutkę strachu.
-
Przenieście go do innej celi. Musi zrobić komuś miejsce. – Powiedziałem.
Zabrałem z biurka broń i szybko wyszedłem. Will musi wiedzieć, kto tu rozdaje
karty.
- Nie rozumiem cię Joe… Kazałeś ich
przesłuchiwać obu na raz? Przecież to non sens! Tym bardziej nic nie powiedzą!
-
Nie obchodzą mnie twoje uwagi Jess! Jestem zmęczony i mam wszystkiego dość!
Chcę uratować Demi, nim będzie za późno. Weź ich obu do Alex’a. Przynajmniej
nie będzie się dziś nudził. – Powiedziałem. – Jadę do domu. Wrócę przed
dziewiątą. I lepiej dla was, żebyście coś mieli. – Opuściłem pokój przesłuchań,
ostatni raz zerkając na lustro, gdzie po przeciwnej stronie siedziało dwóch
kolesi, którzy działali mi na nerwy.
Już zapomniałem, co to znaczy wziąć
prysznic. Nie było mnie w mieszkaniu dwa dni, a ja czułem jakby, co najmniej
rok. Miałem nadzieję, że po zimnym otrzeźwieniu nie będę chory. Ubrany w czyste
ubrania wyszedłem na balkon, by zaczerpnąć październikowego powietrza. Było już
grubo po szóstej i miasto budziło się do życia. Nawet nie wiedziałem, kiedy łzy
zaczęły spływać po mojej twarzy. Co jeśli nie zdążę? Jeśli plan nie wypali?
Miley i cała rodzina mnie znienawidzi. Dlaczego muszę mieć takiego pecha?
Dlaczego nie mogę być szczęśliwy? Czy tak wiele wymagam? Za dużo pytań, żadnych
odpowiedzi.
Widziałem
ją. Stała tam i krzyczała. Na mnie. Nie mogłem zrozumieć, o co jej chodzi. Jej
wzrok mnie błagałbym został. Nie posłuchałem. Pobiegłem w stronę budynku. Nie wiem,
dlaczego to zrobiłem. Wiem, że musiałem. To był mój obowiązek.
Nie wiedziałem, czego
szukam. Zdałem sobie sprawę, że nie wyjdę stamtąd żywy. Dostrzegłem Will’a . Śmiał
się jak zwykle.
- Jeszcze nie skończyłem
z tobą Jonas! Jeszcze nie!
Potem wielki huk i
czyjeś sile ręce, które mnie wyciągały stamtąd.
Na końcu cisza. Głucha
i przejmująca cisza.
Obudziłem się zalany potem. To tylko sen, pomyślałem. Spojrzałem na
telefon. Cholera! Spóźniłem się do pracy. Szybko wstałem, umyłem się drugi raz
i w tępe ekspresowym chciałem zdążyć na komisariat. Próbowałem pozbyć się tego
dziwacznego snu.
Byłem wściekły. Jak oni mogli?!
Rozpoczęli akcje beze mnie. Musiałem szybko być na miejscu. Jeszcze jak na
złość były korki. Wybrałem numer do Jess i czekałem aż odbierze.
-
Olson, słucham?
-
Nareszcie! Dlaczego nie zadzwoniłaś po mnie?! Will nie będzie zachwycony…
Mieliście czekać! Kto wam pozwolił wkraczać do akcji bez mojego pozwolenia?! – Kobieta,
która siedziała w samochodzie obok dziwnie na mnie patrzyła. Zignorowałem to.
Jess westchnęła.
-
Nie denerwuj się Joe. Dyrektor nam kazał. Wiedział, że to przeżywasz, dlatego
nie budziłam cię, wybacz mi. Przyjeżdżaj szybko. – Powiedziała i przerwała
połączenie. Co za dzień!
Dwadzieścia minut później byłem na
miejscu. Z daleka zobaczyłem Demi w towarzystwie Jess. Cholernie mi ulżyło.
-
Dee! – Krzyknąłem i podbiegłem do niej. W końcu mogłem ją przytulić. – Nic ci
nie jest? – Spytałem, patrząc jej w oczy.
-
N…nie. – Powiedziała i wtuliła się we mnie bardziej. Po chwili poczułem jak
zesztywniała. – Tam jest jeszcze ktoś. – Wyszeptała. Spojrzałem na nią, potem
na budynek i ponownie na nią. Wtedy zrozumiałem swój sen. Nie byłem pewny czy
wyjdę z niego cały.
-
Jess, zostań z nią. – Powiedziałem i zostawiłem Demi.
-
Joe! Nie idź tam! Joe! – Krzyki Demi odbijały się w mojej głowie. Muszę to
zrobić.
Cieszyłem się, że już po wszystkim. Will
skończył tak jak powinien. Zginął. Demi na całe szczęście była cała. Miała
tylko słaby organizm. Obserwowałem ją teraz jak śpi. Na moją prośbę, wziąłem ją
do domu. Miely nie posiadała się ze szczęścia. Nawet mój braciszek się
ucieszył. Najgorsze mieliśmy za sobą.
-
Mam nadzieję, że teraz między wami się ułoży. – Powiedział Nicholas, kiedy
siedzieliśmy sami w salonie, a Mils była, u Demi. Uśmiechnąłem się lekko.
-Taki
właśnie mam plan. – Powiedziałem.
Nie wiem ile czasu minęło odkąd
siedziałem u Miley w domu, ale zacząłem się bać. Moja przyszła szwagierka nie
schodziła dość długo.
-
Ogarnij się Joe. Nie widziały się długo i pewnie rozmawiają. O ile Demi wstała.
Sam wiesz najlepiej jak ją tratowali. Uspokój się, bo ci jeszcze żyłka pęknie i
co będzie? – Spojrzałem poirytowany na brata.
-
Jak przestaniesz gadać głupoty to mi przejdzie. Dziwię się Mils, że z tobą
wytrzymuje. Kiedy ślub? – Spytałem. Byłem ciekaw jak stoi sprawa.
-
Niby rozmawialiśmy o tym, ale nie dokładnie. Chcemy poczekać aż wszystko się
ustabilizuje. – Pokiwałem twierdząco głową. Doskonale wiedziałem, co ma na
myśli.
-
Nie chce wam przeszkadzać, ale Demi chce rozmawiać z Josephem. – Miley stała w
drzwiach i patrzyła na nas.
-N
areszcie! Romeo się gotował z niecierpliwości. Poczekaj braciszku, kiedy
będziesz czekał na poród. – Zaśmiał się Nicholas. Kiedy powiedział ‘Romeo’
miałem ochotę mu przywalić, ale się w ostatniej chwili powstrzymałem.
-
Zrób coś z nim Miles, bo mu przyłożę. – Powiedziałem. Wyminąłem szwagierkę i
udałem się do pokoju Demi. Co dziwne - wcale się nie denerwowałem. Cicho
zapukałem i wszedłem.
Byłem
w szoku. Demetria siedziała na łóżku i uśmiechała się szeroko.
-
Mam propozycję. Zapomnijmy o wszystkim, co było i zacznijmy od nowa. Co ty na
to? – Spytałem. Po chwili obejmowałem Demi i całowałem na zmianę.
-
Kocham cię Joe. – Powiedziała i pocałowała mnie.
-
Nie wiem czy wiesz, ale ja czuje to samo. – Powiedziałem. Dziwnie na mnie
spojrzała i wybuchnęła śmiechem. Wszystko wraca do normy….
‘...Żadna
wielka miłość nie umiera do końca. Możemy do niej strzelać z pistoletu lub
zamykać w najciemniejszych zakamarkach naszych serc, ale ona jest sprytniejsza
- wie, jak przeżyć. Potrafi znaleźć sobie drogę do wolności i zaskoczyć nas,
pojawiając się, kiedy jesteśmy już cholernie pewni, że umarła, albo, że
przynajmniej leży bezpiecznie schowana pod stertami innych spraw...’-Jonathan
Carroll
****
Siemka ;d Co u was słychać? Święta się zbliżają nieubłaganie, nie? Już się nie mogę doczekać xD
Jesteście pewnie zaskoczone, że daję rozdział, ale mam zapalenie tchawicy i ‘niestety’ musze leżeć w łóżeczku ;D
Szczerze mówiąc jestem trochę zadowolona z tego rozdziału.Czasami się w nim gubiłam, ale to pewnie przez gorączkę.
Cóż… do końca zostało 2 rozdziały i epilog. Jakoś nie mogę w to uwierzyć.
Dedykacje:
- Myself- koniecznie musimy zapisywać pewne informacje i dzięki za pomoc xd z datą też ;d i masz wbijać do mnie ;]
- Kretynka- mam zaćmę na cen… co mam zrobić, no? ;)
I
pozostałym, którzy licznie odwiedzają i komentują nasze opowiadanie.
Jesteśmy bardzo Wam wdzięczne! To wiele dla nas znaczy ;D Dzięki wielkie
;***
Kolejny należy do Myself ;d
Do 30!
Sweet_Lemon xD
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz