[by Myself ]
-Ale na pewno myślisz, że jest dobrze? –
Spytałam patrząc na swoje odbicie i obracając się wokół własnej osi. Razem z
Jessiką szykowałyśmy się właśnie na przyjecie naszego szefa, który obchodził
swoje 59 urodziny. Miałam na sobie połyskującą szarą sukienkę bez ramiączek,
idealnie przylegającą do ciała od dekoltu do bioder. Natomiast dół był już
luźny przed kolana. Do tego na nogach miałam czarne szpilki na 8 centymetrowym
obcasie. Włosy miałam związane w uroczą kiteczkę z boku a luźne pasemka
delikatnie opadały mi na ramiona. Do tego doszedł delikatny makijaż składający
się z kredki do oczu oraz tuszu do rzęs i różowego błyszczyka o smaku
malinowym.
-
Demi, uspokój się. Wyglądasz ślicznie! A teraz zbieraj tyłek i jedziemy. Taksówka
już czeka. – Powiedziała moja przyjaciółka. Ona natomiast miała na sobie białą
sukienkę na cieniutkie ramiączka z delikatnym czarnym paseczkiem w talii. Włosy
miała upięte w koka, który sprawiał wrażenie jakby robiła go od niechcenia
jednak idealnie współgrał z sukienką i czarnymi szpilkami, trochę wyższymi od
moich.
Ostatni raz rzuciłam na sobie okiem w
lustrze, po czym z łóżka wzięłam moją czarną kopertówkę i razem z przyjaciółką
skierowałyśmy się do wyjścia. Jessika zamknęła drzwi na klucz, po czym
zeszyłyśmy po schodkach i wsiadłyśmy do żółtej taksówki.
-
Gdzie zawieść? – Spytał uprzejmym tonem kierowca.
-
Na Main Street. – Odpowiedziałam. Mężczyzna pokiwał głową a po chwili ruszył. Wyjrzałam
przez okno. Na dworze zaczynało robić się już ciemno a latarnie uliczne już się
świeciły. Ludzie spacerowali jeszcze uliczkami miasta prawdopodobnie
odpoczywając po całym dniu spędzonym w pracy lub dla zdrowia czy zwykłej
przyjemności. W pewnym momencie wydawało mi się, ze widzę, Selenę, lecz po
chwili namysłu uznałam, że nie kręciłaby się w miejscach publicznych wiedząc,
że policja w całym mieście szuka jej, Will’a i reszty bandy.
10 minut później kierowca oznajmił, że
jesteśmy na miejscu. Zapłaciłyśmy, podziękowałyśmy a mężczyzna tylko uśmiechnął
się do nas i ruszył. Obie weszłyśmy do środka i pierwsze, co zrobiłyśmy to
zaczęłyśmy szukać wzrokiem McGanna.
-
Tam jest. – Oznajmiłam chwilę później, dostrzegając go pomiędzy gośćmi.
-
Wszystkiego najlepszego szefie! – Powiedziałyśmy razem, gdy byłyśmy naprzeciwko
mężczyzny.
-
Dziękuję wam bardzo. – Odpowiedział z uśmiechem.
-
I jak się szef czuje o rok starszy? – Spytała Jess a ja dyskretnie dźgnęłam ją
łokciem w bok.
-
Właściwie to nie czuję żadnej różnicy. – Odpowiedział niczym nieurażony, wciąż
z uśmiechem. Porozmawiałyśmy z nim jeszcze chwilę, przywitałyśmy się z żoną i
dziećmi (mającymi już po ponad 25 lat), po czym skierowałyśmy się do stolika i
zaczęłyśmy rozmawiać.
-
Kaylee a co z no wiesz? – Spytała Jess, używając mojego fałszywego imienia gdyż
w pomieszczeniu było wiele osób, które znała z pracy a oni mogli znać mnie.
-
Z?
-
No z Joe. – Szepnęła nachylając się nad stołem. – Kiedy zamierzasz mu
powiedzieć, że Kaylee to tak naprawdę ty, Demi?
-
Nie długo Jess. Naprawdę. Ja … chyba już nie potrafię … dłużej … - Nie
dokończyłam, gdyż do naszego stolika podszedł Mike.
-
Hej dziewczyny. Kaylee nie będziesz miała nic przeciwko jak porwę twoją
towarzyszkę do tańca? – Spytał.
-
Jasne, że nie. – Uśmiechnęłam się do niego a Mike wziął Jess za rękę i
wyciągnął na parkiet. Gdy oni tańczyli ja wstałam od stolika i skierowałam się
w stronę stołu z napojami. Wzięłam do ręki szklankę z ponczem i upiłam łyk, gdy
usłyszałam za sobą głos.
-
Ślicznie wyglądasz, Demi. – Powiedział jakiś chłopak akcentując ostatni wyraz. Odwróciłam
się w jego stronę a przede mną stał Joe we własnej osobie. Przez ułamek sekundy
byłam zdezorientowana.
-
Um, dziękuję. Ale chyba pomyliły ci się imiona. – Powiedziałam starając się brzmieć
naturalnie.
-
Przestań udawać! Dobrze wiem, że to ty Demi! Przestań wszystkich oszukiwać!
–Powiedział zły. Starałam się jakoś wybrnąć z tej sytuacji. Wmówić mu, że się
myli, ale nic sensownego, żadne zdanie nie przychodziło mi do głowy.
Przecież i tak chciałaś
mu powiedzieć.
Ale
nie w ten sposób!
Czy to ważne, w jaki? I
tak zareagowałby tak samo.
-
Jak mogłaś?!
-
Joe ... – Zaczęłam, ale mi przerwał.
- Jak mogłaś mi to zrobić?! Jak?! – Krzyknął kierując tym samym spojrzenia wszystkich na nas.
- Joe, proszę...
- Co tobą kierowało?! – Był wściekły. Nie pozwalał mi nawet dojść do słowa. –Wolałaś uwierzyć mojej byłej, która najzwyczajniej w świecie była zazdrosna?! Nie rozumiem Cię... – Pokręcił głową, odwracając na chwilę wzrok. Ręce miał zaciśnięte w pięści. Korzystając z okazji, ze nic nie mówi chciałam spróbować mu wszystko wyjaśnić.
- Jak mogłaś mi to zrobić?! Jak?! – Krzyknął kierując tym samym spojrzenia wszystkich na nas.
- Joe, proszę...
- Co tobą kierowało?! – Był wściekły. Nie pozwalał mi nawet dojść do słowa. –Wolałaś uwierzyć mojej byłej, która najzwyczajniej w świecie była zazdrosna?! Nie rozumiem Cię... – Pokręcił głową, odwracając na chwilę wzrok. Ręce miał zaciśnięte w pięści. Korzystając z okazji, ze nic nie mówi chciałam spróbować mu wszystko wyjaśnić.
-
Joe, ja przepraszam. Nie chciałam, naprawdę.
-
Zamierzałaś mi powiedzieć o dziecku? – Spytał spokojniej. Spojrzałam na niego
zaskoczona.
- Skąd wiesz, że byłam w ciąży?
- Czyli to prawda. – Szepnął i spojrzał mi prosto w oczy, z których powoli zaczęły wypływać słone łzy. Ale to nie było to spojrzenie, które kochałam. To było przepełnione żalem i smutkiem oraz nienawiścią. Nienawiścią do mnie … Zepsułam wszystko. Teraźniejszość i to, co mogło być w przyszłości, bo zachciało mi się ukrywania przed nim i sprawdzenia czy mu na mnie zależało!
- Skąd wiesz, że byłam w ciąży?
- Czyli to prawda. – Szepnął i spojrzał mi prosto w oczy, z których powoli zaczęły wypływać słone łzy. Ale to nie było to spojrzenie, które kochałam. To było przepełnione żalem i smutkiem oraz nienawiścią. Nienawiścią do mnie … Zepsułam wszystko. Teraźniejszość i to, co mogło być w przyszłości, bo zachciało mi się ukrywania przed nim i sprawdzenia czy mu na mnie zależało!
-
Tak, prawda. – Powiedziałam cicho. Nie miałam już nic do stracenia, więc,
przyznanie się nie zrujnowałyby już niczego. – Chciałam ci powiedzieć, ale …
-
Ale co? Tylko mi nie mów, ze nie chciałaś mi niszczyć życia! Bo w to na pewno
nie uwierzę! – On też dał upust emocjom gdyż łzy spływały po jego policzkach
tak jak po moich.
Dopiero
wtedy, gdy naprawdę Cie straciłam
Zrozumiałam,
że to wszystko źle zrobiłam …[1]
-
Joey …
-
Daj spokój. Po prostu mnie zostaw. – Powiedział i w tym momencie wszystko się
zaczęło.
Po sali rozległ się dźwięk wybijanych
okien, przez które zaczęli wchodzić faceci z bandy Willa. Sam „przywódca” i
Selena weszli głównymi drzwiami, uzbrojeni w pistolety i metalowe pałki. Panika
ogarnęła wszystkich. Ludzie, którzy do tej pory przyglądali się naszej kłótni
teraz zaczęli uciekać w różne strony byle tylko z dala od zasięgu broni
napastników. Tylko my. Ja, Jessika,Mike, Joe, McGann i reszta naszego zespołu
staliśmy z nimi w twarzą w twarz.
-
O, widzę, że przyjęcie się już zaczęło. Szkoda tylko, że nikt na nas nie
poczekał. – Zakpił Will i przeniósł swój wzrok na mnie. – Demi! Jak miło cię
widzieć! Ten nowy kolor jest naprawdę, ładny, ale na nic się nie zdał kochanie.
Bardzo łatwo było cię rozpoznać. No, a teraz podejdź tu, jeżeli nie chcesz,
żeby komuś z twoich przyjaciół stała się krzywda. – Powiedział z tym swoim
błyskiem w oku, który ukazywał się zawsze, gdy był czymś podekscytowany.
Nie chciałam tego robić, ale nie mogłam
ryzykować życia moich przyjaciół, Joe’go …
Wzięłam głęboki oddech, po czym zrobiłam
krok w stronę Willa jednak ktoś złapał mnie za rękę i uniemożliwiał dalsze
poruszanie się. Przekręciłam lekko głowę chcąc zobaczyć, kto to, ale
jednocześnie nie tracić Willa z oczu. W ułamku sekundy, zauważyłam, że osobą,
która mnie zatrzymała był nie, kto inny jak sam Joseph i mimo sytuacji, jaka
teraz panowała, jakaś część mnie, pomyślała, ze on nadal się o mnie martwi.
Jednak … wyrwałam rękę z jego uścisku i podeszłam do Will’a stając z nim twarzą
w twarz.
-
A oto i moja była dziewczyna w całej okazałości. Jak zwykle piękna. – Zakpił.
Uśmiech po chwili zszedł z jego twarzy a zastąpiła go furia. Nie miałam pojęcia,
co się dokładnie stało, ale jedyne, co poczułam to szczypanie prawego policzka,
za który się złapałam. Widziałam, ze Joe z pod swojej czarnej marynarki wyciąga
pistolet i celuje prosto w mojego byłego. Jednak Will był szybszy, bo gdy tylko
Joseph wymierzył w niego bronią, kryminalista złapał mnie, przyciągnął do
siebie, prawą ręką blokując mi częściowo dostęp powietrza a lewą przykładając
pistolet do mojej głowy.
-
Jeden fałszywy ruch i twoja księżniczka zniknie z tego świata tym razem na
zawsze a tego raczej byś nie chciał, prawda? – Podczas gdy Will mówił, jeden z
otaczających go facetów jakby na potwierdzenie jego słów strzelił do mężczyzny,
który próbował dostać się do tylnego wyjścia razem z żoną. Mężczyzna opadł na
ziemię a po chwili jego los podzieliła kobieta. Joe opuścił broń. Wzrok wciąż
miał wbity w Will’a, ale prawdopodobnie nie robił żadnego ruchu ze względu na …
na mnie. Nawet, jeśli między nami nie było tak jak trzeba, jeśli zraniłam go
najbardziej na świecie to on i tak nie dopuściłby do tego by stała mi się
krzywda. I nawet, jeżeli to nie ja byłabym teraz w niebezpieczeństwie to jestem
pewna, że broniłby każdego.
-
Grzeczny chłopiec. – Odpowiedział z uśmieszkiem, po czym szarpnął mnie i
rzucił. Dosłownie rzucił na ziemię nakazując jednemu ze swoich ludzi cały czas
trzymać pistolet wymierzony we mnie a on sam zajął się „rozmową” z Seleną. No i
rozpętało się piekło. Faceci zaczęli strzelać, do kogo popadnie, raniąc ludzi i
nawet zabijając niektórych. Nie mogłam na to patrzeć. Na te niewinne osoby,
padające na podłogę, jedna po drugiej. Joe, Jessika, McGann i ku mojemu
największemu zdziwieniu - Selena, wyminęła Will’a i schowała się za kolumną
razem z resztą. Dostrzegłam, że uśmiechnęła się delikatnie do Joe’go i jakby
puściła do niego oko. Czyżby już znalazł sobie pocieszenie? Czy teraz to ona
miała zająć moje miejsce u jego boku? Czy naprawdę zniszczyłam wszystko
doszczętnie, że nie da się tego odbudować? Tyle pytań, lecz zupełny brak czasu
na odpowiedzi. Brak czasu na wszystko. Teraz liczyła się tylko szybkość i to
wszystko. Od tego zależało życie wszystkich obecnych na sali. Nagle poczułam
jak ktoś kopnął mnie w klatkę. Centralnie w moją, niezagojoną do końca ranę, po
której już zawsze pozostanie mi pamiątka w postaci śladów poszwach. Która będzie
nieodłączną częścią mojego życia, chociaż kto wie czy nie skończy się ono za
kilka sekund, minut?…
Nie
Demi! Nie wolno ci tak myśleć! Wyjdziesz z tego. Wszyscy wyjdziecie! Musisz w
to wierzyć! I tak zrobiłam, mimo napiętej atmosfery
i bardzo niebezpiecznej sytuacji, uwierzyłam, że wyjdziemy z tego. Wszyscy. Że
wszystko będzie dobrze a Will dostanie za swoje i spędzi resztę życia w
więzieniu.
-
Szefie? Co z tą tutaj? – Spytał jakiś koleś, prawdopodobnie ten, który ciągle
we mnie mierzył.
-
Poczekaj. Chcę żeby widziała jak wykańczam jej przyjaciół jednego po drugim. –
Odpowiedział Will i zwrócił się w stronę kolumny.
-
Selly, co ty wyprawiasz? Zwracasz się przeciwko mnie? Zły ruch, ale mogę ci
wybaczyć, jeżeli wrócisz teraz do mnie. – Powiedział. Mimo, że ból w klatce był
nie do wytrzymania, to wciąż byłam przytomna, wciąż wszystko widziałam. Selena
wahała się chwilę, jednak ostatecznie postanowiła wrócić na stronę Willa.
-
Nie rób tego! – Nagle Joe złapał ją za rękę. Dziewczyna uśmiechnęła się
delikatnie.
-
Muszę. – Odpowiedziała. Stanęła po lewej stronie Willa i wymierzyła pistolet
prosto w Jonasa. Spojrzałam na jej twarz i znów widziałam jak się uśmiecha,
jednak tym razem był to inny uśmiech. Taki złowrogi? A potem strzeliła.
Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Jakby ktoś wcisnął na pilocie
guzik. Nabój przecinał powietrze, pędząc wprost na klatkę Joe’go. Był dosłownie
kilka centymetrów od niego, gdy uderzył w zupełnie kogoś innego. W naszego
szefa. McGann upadł na ziemię trzymając się za miejsce gdzie trafiła kulka.
Potem było słychać już tylko strzały. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu Selena
odwróciła się przodem do Willa i strzeliła. Spudłowała, niestety, jednak Will
potrafił to wykorzystać. Złapał swoją broń, po czym wymierzył nią w moją byłą
przyjaciółkę, strzelił a ona upadła na ziemię tak jak połowa ludzi na sali.
Pistolet Gomez wypadł jej z ręki i poleciał prosto w moje ręce. Złapałam go i
mimo, tego, iż człowiek z tyłu czekał na każdy mój najmniejszy ruch, by tylko
mnie zabić, zaryzykowałam i strzeliłam. Jeden jedyny raz. I to wystarczyło.
Potem była już tylko ciemność i nic więcej.
Strata czasu jest podobna do śmierci - nieodwracalna.
Słowa wypowiedziane przez Piotra I Wielkiego są jak najbardziej prawdziwe.
Człowiek umiera. Czasami jest stary, czasami młody. Czasami umiera przez
choroby, czasami przez głupi przypadek czy chwilę nieostrożności. Ale umiera a
tego nie da się odwrócić. Trzeba się z tym pogodzić. Żyć dalej swoim życiem.
Nie rozpaczać nad zmarłą osobą. Bo ona nigdy nie umrze, jeśli będziemy ją
trzymać głęboko w sercu i będziemy o niej pamiętać. Wspominać jej słowa,
śmiech, zachowania w różnych sytuacjach. Zawsze będzie przy nas obecna. Może
nie ciałem, ale duchem. Co natomiast ze stratą czasu? Dlaczego Piotr I Wielki
porównał stratę czasu do śmierci? Ponieważ miniona chwila jest tak samo
nieodwracalna. Nie da się jej cofnąć, zmienić. Chociaż nie wiem jak by się
chciało. W życiu nie ma prób, od razu zaczyna się przedstawienie i to od nas
zależy czy będzie ono udane czy też nie. A jedna sekunda, minuta i można je
zniszczyć. Tak samo jest z kłamstwem. Uwierzyła i kłamała, lecz nie wiedziała,
że to może zniszczyć wszystko. Że nieprzemyślany porządnie ruch, zniszczy
wszystko w przedstawieniu, w którym grała swoją rolę. Jedną z głównych ról. A
jak każdy wie, w każdej sztuce potrzeba głównego bohatera. I miała go. Ale
teraz, czy będzie w stanie naprawić wszystko? Zrobić coś by publiczność nie
zauważyła jej fatalnego błędu a pomyślała, że tak właśnie miało być, że taki
był scenariusz?
Delikatnie i powoli otworzyłam oczy.
Lekko się przekręciłam, jednak w mroku, jaki panował w pomieszczeniu nie byłam
w stanie stwierdzić gdzie jestem. Byłam pewna tylko tego, że to nie szpital,
gdyż tam wszędzie byłyby białe ściany i słychać by było dźwięk najróżniejszej
aparatury. Dopiero po kilku minutach, mój wzrok przyzwyczaił się do egipskich
ciemności i mogłam spokojnie stwierdzić, ze jest to czyjś pokój. Na pewno nie
dziewczyny, więc odpadało to, że jestem u Jessiki czy u siebie w domu. Ten
pokój wyglądał na zamieszkiwanego przez chłopaka i bez problemu go rozpoznałam.
Pokój Joe’go. Ramki ze zdjęciami stojące na komodzie i moja bransoletka leżąca
na szafce nocnej wszystko potwierdzały.
Delikatnie podniosłam się z łóżka,
obawiając się jakiegoś bólu, jednak nic takiego nie nastąpiło. Po cichu
otworzyłam drzwi i wyszłam do przedpokoju. Zegar na ścianie wskazywał już
godzinę 3: 26 nad ranem. To, dlatego na dworze był ciemno a w mieszkaniu bardzo
cicho. Myślałam, że Joe śpi, ale zauważyłam, że w kuchni pali się światło.
Skierowałam wiec swoje kroki w tamtą stronę. Po cichu weszłam do pomieszczenia
i zobaczyłam Joe’go stojącego przy otwartym oknie i kończącego swojego
papierosa.
-
Palisz. – Stwierdziłam opierając się delikatnie o framugę drzwi.
-
I co z tego. – Odparł zimnym głosem, całkowicie wypranym z emocji. – Staram się
zrozumieć ten twój pieprzony plan! To miało być śmieszne?! Patrzenie jak mi
jest ciężko, bo myślałem, że już nigdy więcej cię nie zobaczę?! Przez cały ten
czas myślałem, że nie żyjesz. Straciłem sens życia a tymczasem ty świetnie się
bawiłaś w tym przebraniu Kaylee Evans! – Powiedział podniesionym głosem,
odwracając się w moją stronę i gasząc papierosa w popielniczce.
-
Joe posłuchaj …
-
Nie, to ty mnie posłuchaj! Mam tego dosyć. Miałaś wybór, uwierzyć mi, zaufać
NASZEJ miłości a nie głupim wymysłom mojej byłej. Zresztą, co ja tu pieprze o
„naszej miłości”. Chciałaś się pewnie tylko mną zabawić! Okłamałaś mnie, nie
wierzyłaś a przede wszystkim zrobiłaś sobie z tego całego zamieszania niezłą
zabawę! I jeszcze to dziecko! – Krzyczał.
Znowu był wściekły a ja nie lubiłam
oglądać go w takim stanie. Wtedy ze słodkiego, opiekuńczego a zarazem lekko
zwariowanego i oschłego zmieniał się w prawdziwego potwora. Nie patrzył na
uczucia innych, na to, że kogoś rani. Mówił, co myślał w danej chwili i niczym
się nie przejmował. A tego oblicza właśnie nie lubiłam, wręcz nienawidziłam.
Chciałam do niego podejść, przytulić się, błagać o wybaczenie, ale widząc jego
łzy, moje nogi jakby zapuściły korzenie w podłogę. Nie mogłam się ruszyć. Obraz
mi się zamazywał przez słone, przezroczyste kropelki wypływające z moich oczu.
-
Sama o nim nie wiedziałam. – Myślałam, że mówię głośno jednak w rzeczywistości
to był tylko szept.
-
Proszę. Teraz też kłamiesz!
-
Przysięgam, mówię prawdę!
-
Jeszcze kilka dni temu oddałbym wszystko żeby mieć cię z powrotem przy sobie,
ale chyba najlepiej będzie jak jednak znikniesz z mojego życia na dobre. –
Powiedział. Naprawdę to powiedział. I mimo łez mówił poważnie.
-
Skoro tego chcesz, to żegnaj. – Te pięć słów ledwie wyszło z moich ust. W
gardle miałam wielka gulę, która uniemożliwiała mi mówienie. Ostatni raz
spojrzałam na niego, po czym odwróciłam się i wyszłam z kuchni. W holu
założyłam buty wzięłam torebkę i otworzyłam drzwi.
-
Kocham cię Joey. – Szepnęłam ledwo dosłyszalnie i wyszłam. Podbiegłam do windy
uważając by się nie przewrócić. Nacisnęłam odpowiedni przycisk i czekałam aż
winda przyjdzie by zabrać mnie z tego miejsca. Jednak kilka sekund potem
zamiast dźwięku windy usłyszałam trzask zamykanych drzwi a potem ktoś
przycisnął mnie do ściany obok windy i pocałował. Może i byłam zaskoczona, ale
nawet, jeśli tak, odwzajemniłam jego pocałunek. I mimo, że nie trwał on długo i
nie przypominał tych porażających i odbierających władzę w nogach pocałunków,
którymi kiedyś mnie obdarzał to wydawało mi się, ze czułam na jego ustach słony
smak łez. I rzeczywiście tak było, bo gdy dotknęłam ręką jego policzka, był
mokry. Chwilę później oderwał się ode mnie, ale nie odsunął ani na krok. Wciąż
prawą rękę opierał na ścianie za mną a lewą miał splecioną z moją. Oczy jednak
miał wciąż zamknięte a oddech lekko przyspieszony. Stał tak przez chwilę i
dopiero, kiedy usłyszeliśmy dźwięk windy, otworzył oczy, chwilę popatrzył w
moje a potem puścił moja rękę, odwrócił się i skierował do swojego mieszkania
zostawiając mnie całkowicie samą z mętlikiem w głowie …
*****
Przepraszam,
ze tak długo nie pisałam, ale albo nie miałam czasu albo weny albo po
prostu mi się nie chciało. Sory za wszelakie błędy ale tak jak już
mówiłam, mój internet nieźle świruje ; /
Koeljny: Sweet_Lemon
Bye ;*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz