niedziela, 11 listopada 2012

Rozdział 23

[by Myself ]
-Ale na pewno myślisz, że jest dobrze? – Spytałam patrząc na swoje odbicie i obracając się wokół własnej osi. Razem z Jessiką szykowałyśmy się właśnie na przyjecie naszego szefa, który obchodził swoje 59 urodziny. Miałam na sobie połyskującą szarą sukienkę bez ramiączek, idealnie przylegającą do ciała od dekoltu do bioder. Natomiast dół był już luźny przed kolana. Do tego na nogach miałam czarne szpilki na 8 centymetrowym obcasie. Włosy miałam związane w uroczą kiteczkę z boku a luźne pasemka delikatnie opadały mi na ramiona. Do tego doszedł delikatny makijaż składający się z kredki do oczu oraz tuszu do rzęs i różowego błyszczyka o smaku malinowym.
- Demi, uspokój się. Wyglądasz ślicznie! A teraz zbieraj tyłek i jedziemy. Taksówka już czeka. – Powiedziała moja przyjaciółka. Ona natomiast miała na sobie białą sukienkę na cieniutkie ramiączka z delikatnym czarnym paseczkiem w talii. Włosy miała upięte w koka, który sprawiał wrażenie jakby robiła go od niechcenia jednak idealnie współgrał z sukienką i czarnymi szpilkami, trochę wyższymi od moich.

Ostatni raz rzuciłam na sobie okiem w lustrze, po czym z łóżka wzięłam moją czarną kopertówkę i razem z przyjaciółką skierowałyśmy się do wyjścia. Jessika zamknęła drzwi na klucz, po czym zeszyłyśmy po schodkach i wsiadłyśmy do żółtej taksówki.
- Gdzie zawieść? – Spytał uprzejmym tonem kierowca.
- Na Main Street. – Odpowiedziałam. Mężczyzna pokiwał głową a po chwili ruszył. Wyjrzałam przez okno. Na dworze zaczynało robić się już ciemno a latarnie uliczne już się świeciły. Ludzie spacerowali jeszcze uliczkami miasta prawdopodobnie odpoczywając po całym dniu spędzonym w pracy lub dla zdrowia czy zwykłej przyjemności. W pewnym momencie wydawało mi się, ze widzę, Selenę, lecz po chwili namysłu uznałam, że nie kręciłaby się w miejscach publicznych wiedząc, że policja w całym mieście szuka jej, Will’a i reszty bandy.

10 minut później kierowca oznajmił, że jesteśmy na miejscu. Zapłaciłyśmy, podziękowałyśmy a mężczyzna tylko uśmiechnął się do nas i ruszył. Obie weszłyśmy do środka i pierwsze, co zrobiłyśmy to zaczęłyśmy szukać wzrokiem McGanna.
- Tam jest. – Oznajmiłam chwilę później, dostrzegając go pomiędzy gośćmi.
- Wszystkiego najlepszego szefie! – Powiedziałyśmy razem, gdy byłyśmy naprzeciwko mężczyzny.
- Dziękuję wam bardzo. – Odpowiedział z uśmiechem.
- I jak się szef czuje o rok starszy? – Spytała Jess a ja dyskretnie dźgnęłam ją łokciem w bok.
- Właściwie to nie czuję żadnej różnicy. – Odpowiedział niczym nieurażony, wciąż z uśmiechem. Porozmawiałyśmy z nim jeszcze chwilę, przywitałyśmy się z żoną i dziećmi (mającymi już po ponad 25 lat), po czym skierowałyśmy się do stolika i zaczęłyśmy rozmawiać.
- Kaylee a co z no wiesz? – Spytała Jess, używając mojego fałszywego imienia gdyż w pomieszczeniu było wiele osób, które znała z pracy a oni mogli znać mnie.
- Z?
- No z Joe. – Szepnęła nachylając się nad stołem. – Kiedy zamierzasz mu powiedzieć, że Kaylee to tak naprawdę ty, Demi?
- Nie długo Jess. Naprawdę. Ja … chyba już nie potrafię … dłużej … - Nie dokończyłam, gdyż do naszego stolika podszedł Mike.
- Hej dziewczyny. Kaylee nie będziesz miała nic przeciwko jak porwę twoją towarzyszkę do tańca? – Spytał.
- Jasne, że nie. – Uśmiechnęłam się do niego a Mike wziął Jess za rękę i wyciągnął na parkiet. Gdy oni tańczyli ja wstałam od stolika i skierowałam się w stronę stołu z napojami. Wzięłam do ręki szklankę z ponczem i upiłam łyk, gdy usłyszałam za sobą głos.
- Ślicznie wyglądasz, Demi. – Powiedział jakiś chłopak akcentując ostatni wyraz. Odwróciłam się w jego stronę a przede mną stał Joe we własnej osobie. Przez ułamek sekundy byłam zdezorientowana.
- Um, dziękuję. Ale chyba pomyliły ci się imiona. – Powiedziałam starając się brzmieć naturalnie.
- Przestań udawać! Dobrze wiem, że to ty Demi! Przestań wszystkich oszukiwać! –Powiedział zły. Starałam się jakoś wybrnąć z tej sytuacji. Wmówić mu, że się myli, ale nic sensownego, żadne zdanie nie przychodziło mi do głowy. 
Przecież i tak chciałaś mu powiedzieć.
Ale nie w ten sposób! 
Czy to ważne, w jaki? I tak zareagowałby tak samo.
- Jak mogłaś?!
- Joe ... – Zaczęłam, ale mi przerwał.
- Jak mogłaś mi to zrobić?! Jak?! – Krzyknął kierując tym samym spojrzenia wszystkich na nas.
- Joe, proszę...
- Co tobą kierowało?! – Był wściekły. Nie pozwalał mi nawet dojść do słowa. –Wolałaś uwierzyć mojej byłej, która najzwyczajniej w świecie była zazdrosna?! Nie rozumiem Cię... – Pokręcił głową, odwracając na chwilę wzrok. Ręce miał zaciśnięte w pięści. Korzystając z okazji, ze nic nie mówi chciałam spróbować mu wszystko wyjaśnić.
- Joe, ja przepraszam. Nie chciałam, naprawdę.
- Zamierzałaś mi powiedzieć o dziecku? – Spytał spokojniej. Spojrzałam na niego zaskoczona.
- Skąd wiesz, że byłam w ciąży?
- Czyli to prawda. – Szepnął i spojrzał mi prosto w oczy, z których powoli zaczęły wypływać słone łzy. Ale to nie było to spojrzenie, które kochałam. To było przepełnione żalem i smutkiem oraz nienawiścią. Nienawiścią do mnie … Zepsułam wszystko. Teraźniejszość i to, co mogło być w przyszłości, bo zachciało mi się ukrywania przed nim i sprawdzenia czy mu na mnie zależało!
- Tak, prawda. – Powiedziałam cicho. Nie miałam już nic do stracenia, więc, przyznanie się nie zrujnowałyby już niczego. – Chciałam ci powiedzieć, ale …
- Ale co? Tylko mi nie mów, ze nie chciałaś mi niszczyć życia! Bo w to na pewno nie uwierzę! – On też dał upust emocjom gdyż łzy spływały po jego policzkach tak jak po moich.

Dopiero wtedy, gdy naprawdę Cie straciłam
Zrozumiałam, że to wszystko źle zrobiłam …[1]

- Joey …
- Daj spokój. Po prostu mnie zostaw. – Powiedział i w tym momencie wszystko się zaczęło.

Po sali rozległ się dźwięk wybijanych okien, przez które zaczęli wchodzić faceci z bandy Willa. Sam „przywódca” i Selena weszli głównymi drzwiami, uzbrojeni w pistolety i metalowe pałki. Panika ogarnęła wszystkich. Ludzie, którzy do tej pory przyglądali się naszej kłótni teraz zaczęli uciekać w różne strony byle tylko z dala od zasięgu broni napastników. Tylko my. Ja, Jessika,Mike, Joe, McGann i reszta naszego zespołu staliśmy z nimi w twarzą w twarz.
- O, widzę, że przyjęcie się już zaczęło. Szkoda tylko, że nikt na nas nie poczekał. – Zakpił Will i przeniósł swój wzrok na mnie. – Demi! Jak miło cię widzieć! Ten nowy kolor jest naprawdę, ładny, ale na nic się nie zdał kochanie. Bardzo łatwo było cię rozpoznać. No, a teraz podejdź tu, jeżeli nie chcesz, żeby komuś z twoich przyjaciół stała się krzywda. – Powiedział z tym swoim błyskiem w oku, który ukazywał się zawsze, gdy był czymś podekscytowany.

Nie chciałam tego robić, ale nie mogłam ryzykować życia moich przyjaciół, Joe’go …

Wzięłam głęboki oddech, po czym zrobiłam krok w stronę Willa jednak ktoś złapał mnie za rękę i uniemożliwiał dalsze poruszanie się. Przekręciłam lekko głowę chcąc zobaczyć, kto to, ale jednocześnie nie tracić Willa z oczu. W ułamku sekundy, zauważyłam, że osobą, która mnie zatrzymała był nie, kto inny jak sam Joseph i mimo sytuacji, jaka teraz panowała, jakaś część mnie, pomyślała, ze on nadal się o mnie martwi. Jednak … wyrwałam rękę z jego uścisku i podeszłam do Will’a stając z nim twarzą w twarz.
- A oto i moja była dziewczyna w całej okazałości. Jak zwykle piękna. – Zakpił. Uśmiech po chwili zszedł z jego twarzy a zastąpiła go furia. Nie miałam pojęcia, co się dokładnie stało, ale jedyne, co poczułam to szczypanie prawego policzka, za który się złapałam. Widziałam, ze Joe z pod swojej czarnej marynarki wyciąga pistolet i celuje prosto w mojego byłego. Jednak Will był szybszy, bo gdy tylko Joseph wymierzył w niego bronią, kryminalista złapał mnie, przyciągnął do siebie, prawą ręką blokując mi częściowo dostęp powietrza a lewą przykładając pistolet do mojej głowy.
- Jeden fałszywy ruch i twoja księżniczka zniknie z tego świata tym razem na zawsze a tego raczej byś nie chciał, prawda? – Podczas gdy Will mówił, jeden z otaczających go facetów jakby na potwierdzenie jego słów strzelił do mężczyzny, który próbował dostać się do tylnego wyjścia razem z żoną. Mężczyzna opadł na ziemię a po chwili jego los podzieliła kobieta. Joe opuścił broń. Wzrok wciąż miał wbity w Will’a, ale prawdopodobnie nie robił żadnego ruchu ze względu na … na mnie. Nawet, jeśli między nami nie było tak jak trzeba, jeśli zraniłam go najbardziej na świecie to on i tak nie dopuściłby do tego by stała mi się krzywda. I nawet, jeżeli to nie ja byłabym teraz w niebezpieczeństwie to jestem pewna, że broniłby każdego.
- Grzeczny chłopiec. – Odpowiedział z uśmieszkiem, po czym szarpnął mnie i rzucił. Dosłownie rzucił na ziemię nakazując jednemu ze swoich ludzi cały czas trzymać pistolet wymierzony we mnie a on sam zajął się „rozmową” z Seleną. No i rozpętało się piekło. Faceci zaczęli strzelać, do kogo popadnie, raniąc ludzi i nawet zabijając niektórych. Nie mogłam na to patrzeć. Na te niewinne osoby, padające na podłogę, jedna po drugiej. Joe, Jessika, McGann i ku mojemu największemu zdziwieniu - Selena, wyminęła Will’a i schowała się za kolumną razem z resztą. Dostrzegłam, że uśmiechnęła się delikatnie do Joe’go i jakby puściła do niego oko. Czyżby już znalazł sobie pocieszenie? Czy teraz to ona miała zająć moje miejsce u jego boku? Czy naprawdę zniszczyłam wszystko doszczętnie, że nie da się tego odbudować? Tyle pytań, lecz zupełny brak czasu na odpowiedzi. Brak czasu na wszystko. Teraz liczyła się tylko szybkość i to wszystko. Od tego zależało życie wszystkich obecnych na sali. Nagle poczułam jak ktoś kopnął mnie w klatkę. Centralnie w moją, niezagojoną do końca ranę, po której już zawsze pozostanie mi pamiątka w postaci śladów poszwach. Która będzie nieodłączną częścią mojego życia, chociaż kto wie czy nie skończy się ono za kilka sekund, minut?…

Nie Demi! Nie wolno ci tak myśleć! Wyjdziesz z tego. Wszyscy wyjdziecie! Musisz w to wierzyć! I tak zrobiłam, mimo napiętej atmosfery i bardzo niebezpiecznej sytuacji, uwierzyłam, że wyjdziemy z tego. Wszyscy. Że wszystko będzie dobrze a Will dostanie za swoje i spędzi resztę życia w więzieniu.
- Szefie? Co z tą tutaj? – Spytał jakiś koleś, prawdopodobnie ten, który ciągle we mnie mierzył.
- Poczekaj. Chcę żeby widziała jak wykańczam jej przyjaciół jednego po drugim. – Odpowiedział Will i zwrócił się w stronę kolumny.
- Selly, co ty wyprawiasz? Zwracasz się przeciwko mnie? Zły ruch, ale mogę ci wybaczyć, jeżeli wrócisz teraz do mnie. – Powiedział. Mimo, że ból w klatce był nie do wytrzymania, to wciąż byłam przytomna, wciąż wszystko widziałam. Selena wahała się chwilę, jednak ostatecznie postanowiła wrócić na stronę Willa.
- Nie rób tego! – Nagle Joe złapał ją za rękę. Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie.
- Muszę. – Odpowiedziała. Stanęła po lewej stronie Willa i wymierzyła pistolet prosto w Jonasa. Spojrzałam na jej twarz i znów widziałam jak się uśmiecha, jednak tym razem był to inny uśmiech. Taki złowrogi? A potem strzeliła. Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Jakby ktoś wcisnął na pilocie guzik. Nabój przecinał powietrze, pędząc wprost na klatkę Joe’go. Był dosłownie kilka centymetrów od niego, gdy uderzył w zupełnie kogoś innego. W naszego szefa. McGann upadł na ziemię trzymając się za miejsce gdzie trafiła kulka. Potem było słychać już tylko strzały. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu Selena odwróciła się przodem do Willa i strzeliła. Spudłowała, niestety, jednak Will potrafił to wykorzystać. Złapał swoją broń, po czym wymierzył nią w moją byłą przyjaciółkę, strzelił a ona upadła na ziemię tak jak połowa ludzi na sali. Pistolet Gomez wypadł jej z ręki i poleciał prosto w moje ręce. Złapałam go i mimo, tego, iż człowiek z tyłu czekał na każdy mój najmniejszy ruch, by tylko mnie zabić, zaryzykowałam i strzeliłam. Jeden jedyny raz. I to wystarczyło. Potem była już tylko ciemność i nic więcej.

Strata czasu jest podobna do śmierci - nieodwracalna. Słowa wypowiedziane przez Piotra I Wielkiego są jak najbardziej prawdziwe. Człowiek umiera. Czasami jest stary, czasami młody. Czasami umiera przez choroby, czasami przez głupi przypadek czy chwilę nieostrożności. Ale umiera a tego nie da się odwrócić. Trzeba się z tym pogodzić. Żyć dalej swoim życiem. Nie rozpaczać nad zmarłą osobą. Bo ona nigdy nie umrze, jeśli będziemy ją trzymać głęboko w sercu i będziemy o niej pamiętać. Wspominać jej słowa, śmiech, zachowania w różnych sytuacjach. Zawsze będzie przy nas obecna. Może nie ciałem, ale duchem. Co natomiast ze stratą czasu? Dlaczego Piotr I Wielki porównał stratę czasu do śmierci? Ponieważ miniona chwila jest tak samo nieodwracalna. Nie da się jej cofnąć, zmienić. Chociaż nie wiem jak by się chciało. W życiu nie ma prób, od razu zaczyna się przedstawienie i to od nas zależy czy będzie ono udane czy też nie. A jedna sekunda, minuta i można je zniszczyć. Tak samo jest z kłamstwem. Uwierzyła i kłamała, lecz nie wiedziała, że to może zniszczyć wszystko. Że nieprzemyślany porządnie ruch, zniszczy wszystko w przedstawieniu, w którym grała swoją rolę. Jedną z głównych ról. A jak każdy wie, w każdej sztuce potrzeba głównego bohatera. I miała go. Ale teraz, czy będzie w stanie naprawić wszystko? Zrobić coś by publiczność nie zauważyła jej fatalnego błędu a pomyślała, że tak właśnie miało być, że taki był scenariusz?

Delikatnie i powoli otworzyłam oczy. Lekko się przekręciłam, jednak w mroku, jaki panował w pomieszczeniu nie byłam w stanie stwierdzić gdzie jestem. Byłam pewna tylko tego, że to nie szpital, gdyż tam wszędzie byłyby białe ściany i słychać by było dźwięk najróżniejszej aparatury. Dopiero po kilku minutach, mój wzrok przyzwyczaił się do egipskich ciemności i mogłam spokojnie stwierdzić, ze jest to czyjś pokój. Na pewno nie dziewczyny, więc odpadało to, że jestem u Jessiki czy u siebie w domu. Ten pokój wyglądał na zamieszkiwanego przez chłopaka i bez problemu go rozpoznałam. Pokój Joe’go. Ramki ze zdjęciami stojące na komodzie i moja bransoletka leżąca na szafce nocnej wszystko potwierdzały.

Delikatnie podniosłam się z łóżka, obawiając się jakiegoś bólu, jednak nic takiego nie nastąpiło. Po cichu otworzyłam drzwi i wyszłam do przedpokoju. Zegar na ścianie wskazywał już godzinę 3: 26 nad ranem. To, dlatego na dworze był ciemno a w mieszkaniu bardzo cicho. Myślałam, że Joe śpi, ale zauważyłam, że w kuchni pali się światło. Skierowałam wiec swoje kroki w tamtą stronę. Po cichu weszłam do pomieszczenia i zobaczyłam Joe’go stojącego przy otwartym oknie i kończącego swojego papierosa.
- Palisz. – Stwierdziłam opierając się delikatnie o framugę drzwi.
- I co z tego. – Odparł zimnym głosem, całkowicie wypranym z emocji. – Staram się zrozumieć ten twój pieprzony plan! To miało być śmieszne?! Patrzenie jak mi jest ciężko, bo myślałem, że już nigdy więcej cię nie zobaczę?! Przez cały ten czas myślałem, że nie żyjesz. Straciłem sens życia a tymczasem ty świetnie się bawiłaś w tym przebraniu Kaylee Evans! – Powiedział podniesionym głosem, odwracając się w moją stronę i gasząc papierosa w popielniczce.
- Joe posłuchaj …
- Nie, to ty mnie posłuchaj! Mam tego dosyć. Miałaś wybór, uwierzyć mi, zaufać NASZEJ miłości a nie głupim wymysłom mojej byłej. Zresztą, co ja tu pieprze o „naszej miłości”. Chciałaś się pewnie tylko mną zabawić! Okłamałaś mnie, nie wierzyłaś a przede wszystkim zrobiłaś sobie z tego całego zamieszania niezłą zabawę! I jeszcze to dziecko! – Krzyczał.

Znowu był wściekły a ja nie lubiłam oglądać go w takim stanie. Wtedy ze słodkiego, opiekuńczego a zarazem lekko zwariowanego i oschłego zmieniał się w prawdziwego potwora. Nie patrzył na uczucia innych, na to, że kogoś rani. Mówił, co myślał w danej chwili i niczym się nie przejmował. A tego oblicza właśnie nie lubiłam, wręcz nienawidziłam. Chciałam do niego podejść, przytulić się, błagać o wybaczenie, ale widząc jego łzy, moje nogi jakby zapuściły korzenie w podłogę. Nie mogłam się ruszyć. Obraz mi się zamazywał przez słone, przezroczyste kropelki wypływające z moich oczu.
- Sama o nim nie wiedziałam. – Myślałam, że mówię głośno jednak w rzeczywistości to był tylko szept.
- Proszę. Teraz też kłamiesz!
- Przysięgam, mówię prawdę!
- Jeszcze kilka dni temu oddałbym wszystko żeby mieć cię z powrotem przy sobie, ale chyba najlepiej będzie jak jednak znikniesz z mojego życia na dobre. – Powiedział. Naprawdę to powiedział. I mimo łez mówił poważnie.
- Skoro tego chcesz, to żegnaj. – Te pięć słów ledwie wyszło z moich ust. W gardle miałam wielka gulę, która uniemożliwiała mi mówienie. Ostatni raz spojrzałam na niego, po czym odwróciłam się i wyszłam z kuchni. W holu założyłam buty wzięłam torebkę  i otworzyłam drzwi.
- Kocham cię Joey. – Szepnęłam ledwo dosłyszalnie i wyszłam. Podbiegłam do windy uważając by się nie przewrócić. Nacisnęłam odpowiedni przycisk i czekałam aż winda przyjdzie by zabrać mnie z tego miejsca. Jednak kilka sekund potem zamiast dźwięku windy usłyszałam trzask zamykanych drzwi a potem ktoś przycisnął mnie do ściany obok windy i pocałował. Może i byłam zaskoczona, ale nawet, jeśli tak, odwzajemniłam jego pocałunek. I mimo, że nie trwał on długo i nie przypominał tych porażających i odbierających władzę w nogach pocałunków, którymi kiedyś mnie obdarzał to wydawało mi się, ze czułam na jego ustach słony smak łez. I rzeczywiście tak było, bo gdy dotknęłam ręką jego policzka, był mokry. Chwilę później oderwał się ode mnie, ale nie odsunął ani na krok. Wciąż prawą rękę opierał na ścianie za mną a lewą miał splecioną z moją. Oczy jednak miał wciąż zamknięte a oddech lekko przyspieszony. Stał tak przez chwilę i dopiero, kiedy usłyszeliśmy dźwięk windy, otworzył oczy, chwilę popatrzył w moje a potem puścił moja rękę, odwrócił się i skierował do swojego mieszkania zostawiając mnie całkowicie samą z mętlikiem w głowie …


[1] Lales – Tylko ciebie chcę

*****
Przepraszam, ze tak długo nie pisałam, ale albo nie miałam czasu albo weny albo po prostu mi się nie chciało. Sory za wszelakie błędy ale tak jak już mówiłam, mój internet nieźle świruje ; / 
Koeljny: Sweet_Lemon
Bye ;*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz