niedziela, 11 listopada 2012

Rozdział 24

[ by Sweet_Lemon ]
Nie znosiłem mieć problemów. Zwłaszcza związanych z osobą, którą jednocześnie kocham i nienawidzę. Siedziałem na zimnych płytkach balkonowych, cały przemoczony i kończyłem pić drugie piwo. Musiałem jakoś odreagować, po tym wszystkim, co się wczoraj wydarzyło. McGann miał szczęście, że kula nie drasnęła serca. Inni natomiast nie. Selena nie żyła, tak jak wielu moich przyjaciół. Miałem wielką ochotę zabić Will’a, choćbym sam miał umrzeć.

Zastanawiałem się, dlaczego wziąłem Lovato do swojego mieszkania, po tym, co się stało. Najgorsze: dlaczego później ją pocałowałem? Coraz bardziej się gubiłem, nawet we własnych myślach. To zaczynało mnie denerwować.

Miałem nadzieje, że zimny prysznic przywróci mnie do życia, ale na marne. Tylko zmarzłem, a humor wcale mi się nie poprawił. Z ciekawości spojrzałem na zegarek, który wskazywał godzinę wpół do szóstej. Dopiłem kawę i wyszedłem z mieszkania, kierując swoje kroki do windy.

Nie chciało mi się iść do pracy, ale mus to mus. Mój mózg funkcjonował trochę opornie, przyprawiając mnie tym samym o bóle głowy.  
- Witaj Joe. Jak się czujesz? – spytała Jess, wchodząc do naszego wspólnego gabinetu.
- W ogóle się nie czuję. Nie spałem, nie jadłem, nie funkcjonuje. Dalej nie mogę zrozumieć posranej gierki Will’a. Nie mogę się na niczym skupić, nawet plan zemsty na nim opiera się wyłącznie na zabiciu go. – Westchnąłem. Życie jest do bani.
- Wiem, co czujesz. Teraz jest nas troje. Bez Mike to nie to samo. – Powiedziała i się rozpłakała. Mike zginął wczorajszego wieczora, broniąc ją przed jednym z kolesi Willa.
- Cześć. – A myślałem, że jej już nie zobaczę.
- Witaj Kaylee. – Powiedziała Jess.
- Daj spokój. On wie o tym, że jestem Demi. – Nie chciałem na nią patrzeć, więc wyszedłem. Przechodząc koło niej, przypadkowo dotknąłem jej ramienia.
- Joe…- Nie reagowałem. Musiałem pobyć sam.

Nie wiem, dlaczego, ale strzelnica zawsze mnie uspokajała. Przynajmniej mogłem się wyżyć na kawałku papierka. To idiotyczne. Jak taka mała rzecz  może tak dużo?
- Możemy pogadać? Musze ci wszystko wyjaśnić.
- Nie dasz mi spokoju, nie? – Spytałem, przyglądając się kartce papieru i kilku dziurkom na niej. Muszę poćwiczyć.
- Nie. Nie dam, dopóki mnie nie wysłuchasz.
- Daruj sobie Demi. Co chcesz mi jeszcze powiedzieć? Już wszystko wiem. No chyba, że chcesz mi wcisnąć jakieś kłamstwo, to proszę bardzo. Mów do tej kartki, jakbym to był ja. – Powiedziałem. Dałem jej ową rzecz i ponownie dzisiejszego ranka ją zostawiłem.

- Nie wiem, który raz ci to mówię, ale weź mnie w końcu przestań denerwować! Nie mam nic przeciwko, byś się do mnie przeprowadził, ale uważam, że oboje zachowujecie się jak dzieci. Czemu nie weźmiecie przykładu ze mnie i Mils? Wasza sytuacja zaczyna działać mi na nerwy.
- Mi też. Kiedy mogę wpaść do ciebie? – Spytałem brata. Rozmawiałem z nim od 15 minut i miałem dość. W zasadzie to on tylko mówił, a ja słuchałem.
- Kiedy ci pasuje. Zadzwoń jak będziesz dojeżdżał do mnie. Na razie. – Powiedział i się rozłączył.
- McGann się obudził. Chce z wami rozmawiać. Nie wiem, o co mu chodzi, ale radzę się wam pospieszyć. – Powiedziała Jess patrząc na mnie i Lovato.
- Oboje? – Spytałem. Pokiwała twierdząco głową i wróciła do swojej pracy. – Jedziesz? – Niechętnie zadałem pytanie Demetrii.
- Skoro muszę…
- Czekam w samochodzie. – Powiedziałem.

Podróż w jednym samochodzie z Lovato była jak katusze. W duchu modliłem się, by jak najszybciej się skończyła. Ona zaś siedziała wpatrzona w krajobraz za oknem. Dopiero teraz do mnie dotarło. Raniliśmy się nawzajem, tylko po to, by drugie cierpiało. To chore i nierozsądne. Miałem się odezwać, ale już byliśmy na szpitalnym parkingu. Zachowywałem się jak dzieciak. Nicholas miał rację.
 - Idziesz? – Dotarł od mnie jej ciepły ton głosu.
- Zaraz cię dogonię. – Powiedziałem. Chyba moja zmiana nastroju ją zdziwiła, bo inaczej na mnie spojrzała. Wybacz kochanie, ale muszę być zimny jak lód.

- Są marne szanse, by z tego wyszedł. Miał wielkie szczęście, że kula nie drasnęła serca. Niestety jest zbyt słaby, wy się z tego wykaraskać bez szwanku.
- Ale jest nadzieja, prawda? – Spytała Demetria lekarza.
- Zawsze jest. U pana McGanna jest teraz żona, więc jeśli państwo chcą mogą ją wyręczyć. Sala numer 125. – Powiedział i odszedł.
- Tam powinienem leżeć ja, nie on. – Wyszeptałem. Demi spojrzała na mnie wystraszona.
- Błagam, nie mów takich rzeczy! – Powiedziała zrozpaczona.
- Jedyne, co mogę teraz zrobić to zabić Will’a. – Powiedziałem i udałem się do sali McGanna.

Nie znosiłem szpitali. Każda sekunda w nim spędzona przyprawiała mnie o dreszcze. Tym razem było inaczej. Mój szef leżał tutaj i walczył o życie.
- Moi ulubieni pracownicy. Dobrze was widzieć. – Zaśmiał się krótko, by potem skrzywić się z bólu.
- Proszę się nie wysilać. – Powiedziała Demetria.
- Wiem, że zostało mi nie dużo czasu i muszę go należycie wykorzystać. – zaczął. Gestem ręki wskazał, byśmy usiedli na krzesełkach. Jego żona natomiast stała przy oknie i ciągle płakała. – Chcę, żebyście zajęli się waszą grupą. Niech któreś z was zostanie szefem. Ja już niestety nie wrócę do pracy. Nawet do życia. Chcę, żebyście wiedzieli, że praca z wami to byłą czysta przyjemność. – Dokończył. Po chwili na aparaturze, monitorującej bicie jego serca, pojawiła się długa linia. Usłyszałem jak wbiegają lekarze, płacz Demetrii i żony McGanna oraz mój przyspieszony oddech.

- Co teraz będzie? – Popatrzyłem na zapłakaną Demi. Miałem wielką ochotę ją przytulić, ale w ostatniej chwili się opanowałem. Dopiero teraz dostrzegłem, że zmieniła kolor włosów na pierwotny. Na ten, który kochałem. Od śmierci McGanna minął tydzień i jakby trochę zmądrzałem. W końcu kiedyś musiałem. Objąłem stanowisko byłego szefa, przeprowadziłem się do Nicholasa i cięgle nie mogłem złapać Will’a. Zaczynało mnie to bardzo frustrować i drażnić zarazem. Codziennie starałem się wybaczyć Demi, ale jakoś nie mogłem, nie potrafiłem. Byłem za słaby.
- A co ma być? Nie cofniesz czasu przecież. Trzeba żyć przyszłością. Ty o tym doskonale wiesz.
- Mógłbyś już odpuścić? Ranisz mnie Joe. – Powiedziała.
- A ty mnie nie? Wiesz, co? Mam dość tych ciągłych kłótni. Najlepiej będzie jak utrzymamy stosunki wyłącznie czysto zawodowe. To będzie najlepsze rozwiązanie. – Powiedziałem i upiłem łyk kawy.
- Czyli mnie już nie kochasz? A to przy windzie? Co to miało znaczyć? – Zakrztusiłem się kawą. Ona znowu swoje…
- To był impuls. Wracam do siebie. – Oznajmiłem i czym prędzej opuściłem kawiarnię. Jeszcze chwila, a bym się złamał. Powiedziałbym prawdę, a tego nie chcę.

Czasami żałowałem, że zgodziłem się być komisarzem. Papierkowa robota mnie wykańczała. Siedziałem do późna w nocy, by ją skończyć. Tak było i tym razem.
- Proszę. – Powiedziałem.
- Może ci pomóc?
- Właściwie to możesz. Dzięki. – Chyba po raz pierwszy się do niej uśmiechnąłem. – Przepraszam. Zachowuje się jak dzieciak, ale jakoś trudno mi przywyknąć do tego, że zaprzepaściliśmy wszystko. Przepraszam. – W końcu to z siebie wydusiłem. Spojrzała na mnie zaskoczona.
- Mówisz poważnie? – Pokiwałem twierdząco głową. Potem obraz zaczął mi się zamazywać.

- Obudź się w końcu Joseph! Wrzeszczysz i wrzeszczysz. – Zobaczyłem nad sobą głowę Nicholasa i dopiero zrozumiałem, że to był sen.
- Która godzina? – Spytałem, przecierając  oczy.
- Dochodzi ósma. Śniadanie masz w kuchni. Ja idę do pracy. Weź się ogarnij, bo już cię nie poznaje… Do wieczora. – Powiedział i zniknął. Jak to dobrze, że to tylko sen. Opadłem na poduszki i westchnąłem. Ja też muszę iść do pracy.

Byłem już na maksa spóźniony, ale musiałem po drodze wstąpić po kawę, bo w domu już nie zdążyłem wypić. Miałem wrażenie, że ktoś mnie śledzi i bacznie obserwuje.
- Proszę, proszę. Szef w końcu się pojawił w pracy. Jeej. Dobrze się spało?
- Owszem, bo spałem bez ciebie. – Powiedziałem. Demetria o mało nie wybuchła. – Fajnie, że się rozumiemy. Macie coś? – Zwróciłem się tym razem do, Jess, która z politowaniem na nas patrzyła.
- Jakiś koleś od godziny do ciebie wydzwania i chce pilnie rozmawiać. Pyzatym nie ma nic. Żadnych zgłoszeń, więc pomagamy chłopakom uporządkować papiery. Nie masz nic przeciwko?
- Nie. Możecie iść. – Odparłem i udałem się go swojego, oddzielnego biura. Kiedyś ono należało do McGanna. Usiadłem na fotelu i tępo patrzyłem w obraz wiszący na ścianie. Czemu wszystko musiało pójść nie tak? Dlaczego musiało tak być? Dlaczego życie policjanta, to jedna, wielka niewiadoma? Pojęcia bladego nie mam.
- Słucham? – Powiedziałem, odbierając telefon.
- Witam komisarzu Josephie. Co nowego? Jak nowe stanowisko?
- Czego chcesz skurwielu?! – Warknąłem do słuchawki. Ironiczny śmiech Will’a doprowadzał mnie do szału.
- Spokojnie panie władzo. Tylko spokojnie. Moi ludzie cię obserwują Jonas, więc sobie nie pogrywaj. Widzę, że nadal nie pogodziłeś się z Demetrią. Aż tak bardzo zalazła ci za skórę?
- Tobie najwięcej do tego. Czego chcesz? – Spytałem ponownie.
- Rewanżu….



****



Ta dam.! Nowy. Wydaje mi się, że za szybko go dodałam, ale cóż. Wena wróciła, więc muszę ją wykorzystać ;D niedługo wybieram się nad morze i nie będzie mnie do 15, ale potem powinnam przyspieszyć tępa z blogami. Chciałam wam jeszcze powiedzieć, że odwieszam blogi, z czego niezmiernie się cieszę. Nie przedłużam już.

Dedykacje:

~Myself- za ogół i że Cię ostatnio zaniedbuje, ale wiesz, że mam nawał ;*

~Breathe- niedługo wezmę się za DK i wybacz za długą nieobecność.

I wszystkim innym, którym obiecałam, a zapomniałam. Tak to ze mną jest ;D

Do 26.!

Next: Myself xd



Sweet_Lemon

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz