[ by Myself ]
-Na pewno chcesz to zrobić? – Spytała
Jessika, opierając się o framugę drzwi, do pokoju, który aktualnie zajmowałam.
Przymierzałam właśnie kolejną bluzkę, która pasowałaby do moich jasnych,
przetartych jeansów. Wyjęłam z szafy luźną fioletową bluzkę >look<
bez ramiączek tylko z gumką, która trzymała ją na
ramionach. Przejrzałam się w lustrze, obracając się dookoła własnej
osi i stwierdziłam, ze nie pasuje. Jessika w tym czasie kontynuowała.
-
Przecież odeszłaś, bo za dużo wspomnień było związanych z komisariatem i no
wiesz.
-
Jess, a co jeżeli to jedyny sposób by sprawdzić czy naprawdę mu zależy? Chcę mu
wybaczyć, a może nawet już to zrobiłam, ale musze mieć pewność. – Odparłam i
wyciągnęłam kolejną bluzkę. Tym razem była biała na ramiączka, do których
przyszyte były luźniutkie rękawy rozcięte od dołu. Założyłam ją na siebie i
ponownie się przejrzałam.
-
Powiem mu prawdę, ale dopiero, gdy przejdzie mój test, jeżeli jednak nie, to
będzie żył ze świadomością, że ja nie żyję i ułoży sobie życie z kimś innym.
– Idealnie, pomyślałam, patrząc
na swoje odbicie.
-
Nie poznaję cię Demi. Ale to twoje życie. Powiem ci jedno. Każdego dnia jak
widzę go w pracy, przygaszonego, smutnego, zrozpaczonego, mam ochotę podejść do
niego i powiedzieć mu prawdę, ale nie robię tego, bo jesteś moją przyjaciółką i
ci to obiecałam. Gdyby tylko mógł cofnąłby czas, rozumiesz? Dałby wszystko byle
byś była obok niego. Nie będę ci nic zakazywać, bo nie jestem, twoja matką, ale
oboje na tym ucierpicie Demi. – Z każdym jej słowem czułam, ze zaraz się
rozpłaczę. Założyłam moje szpilki >look<
i dzielnie hamując łzy spojrzałam na nią.
-
Tak musi być Jess. – Szepnęłam. Podniosłam się z łóżka i razem z Olson
skierowałyśmy się na dół do jej samochodu. Schodząc po schodach oczywiście
musiałam się potknąć i gdyby nie interwencja mojej przyjaciółki, zleciałabym na
dół, łamiąc sobie przy okazji parę kości, i konieczna byłaby ponowna wizyta w
szpitalu a tego nie chciałam.
-
Właściwie, po co ty założyłaś te szpile? I ten strój? >look<
- Spytała, przy samochodzie. – I w dodatku ten mocny makijaż. To do ciebie nie
pasuje.
-
Właśnie o to chodzi. Mam w jak najmniejszym stopniu przypominać Demi a stać się
rudowłosą, flirtującą z Joe dziewczyną. – Opowiedziałam. Nie odezwała się już
tylko wsiadła do auta a ja za nią i po chwili byłyśmy już w drodze na
komisariat.
- Proszę.
-
Cześć szefie. To jest Kaylee, moja kuzynka. – Powiedziała Jess, gdy weszłyśmy
do gabinetu McGanna.
-
Miło poznać. Mam nadzieję, ze będzie ci się u nas dobrze pracować. – Powiedział
z uśmiechem podając mi rękę, którą uścisnęłam.
-
Również mam taką nadzieję. – Odpowiedziałam.
-
Pójdę zobaczyć czy Joe już przyszedł. – Powiedziała Jess i wycofała się z
pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi. Chwilę porozmawialiśmy z szefem na
temat, „Czemu przyjechałaś do kuzynki” itp. Oczywiście musiałam nakłamać, że
tamtejszą komendę zamknęli i przyjechałam do Miasta Aniołów.
-
Kolejny durny żarcik szefa?! – Do pomieszczenia nagle wszedł zły jak osa Jonas.
-
Uspokój się Jonas. To Kaylee Evans, kuzynka Jessiki. Od dziś z wami pracuje.
Jest za Demi. – Powiedział szef.
-
Dee nikt nie zastąpi! – Krzyknął i wyszedł z pomieszczenia, trzaskając
drzwiami. Spojrzałam na McGanna a po chwili i on przeniósł wzrok na mnie.
-
Przepraszam za niego. Zwykle się tak nie zachowuje, ale po ostatnich
przejściach jest rozdrażniony. – Powiedział a ja pokiwałam głową. Czyżby było
1:0 dla Joe? Punkt na jego korzyść? A może to tylko dobra gra przed
współpracownikami a gdy jest sam, jego humor diametralnie się zmienia na
zwariowany-taki jak zawsze.
-
No to chyba na tyle. Jessika cię oprowadzi po komisariacie. – Rzekł szef a ja
wstałam z krzesła i skierowałam się do wyjścia.
-
I jak rozmowa z McGannem, De … Kaylee?
-
Dobrze. Słuchaj nie wiesz gdzie poszedł Joe? – Spytałam.
-
Przypuszczam, ze na strzelnicę, ale czemu pytasz?
-
Chyba mój test działa i jak na razie jest 1:0 dla niego. – Odparłam.
-
Nadal uważam …
-
Tak Jess, wiem. Idę do niego.
-
Ale Kay …
-
Wiem, co robię. – Powiedziałam i skierowałam się na schody do strzelnicy.
Musiałam się bardzo postarać, żeby w tych szpilkach nie zwalić się z nich.
-
Kur … de. W życiu już ich nie założę! – Jestem pewna, że przynajmniej połowa
komisariatu to słyszała, ale co zrobić, gdy o mało nie zleciałam z ostatnich
trzech schodków. Drugim odgłosem, jaki można było usłyszeć były strzały.
Zajrzałam do środka a po chwili zobaczyłam bruneta ładującego broń.
-
Hej! Czemu prawie wybiegłeś z gabinetu szefa? – Spytałam stając za nim.
-
Nie powinno cię to obchodzić. – Warknął i nacisnął spust. Nabój przeleciał
przez połowę sali a następnie trafił w 5 na tarczy.
-
Ej! Staram się być miła. – Powiedziałam z wyrzutem. – Mógłbyś się, chociaż
przedstawić. – Zauważyłam.
-
Joeseph Jonas. Teraz pasuje?!
-
Wyluzuj trochę. A z grzeczności to wypadałoby się odwrócić.
-
Czego ty w ogóle chcesz?! Weź idź do swojej kuzynki a mnie zostaw w spokoju! –
W życiu w jego głosie nie słyszałam takiej złości. Nawet podczas naszych kłótni
przy różnych zleceniach. Po prostu kipiało od niego wściekłością. Zrobiłam
kilka kroków w tył i usiadłam na stole z pudełeczkami nabojów. Spuściłam głowę
w dół żeby nie widział, że jego słowa mnie zabolały. Lekko otarłam kąciki oczu
palcem i znowu na niego spojrzałam. Dopiero teraz zauważyłam, ze ręce mu się
trzęsą. Po chwili opuścił je, schował broń do kabury przy pasku i zmierzwił
sobie delikatnie włosy ręką. Odwrócił się w moja stronę i podszedł do stolika
opierając się o niego a ręce kładąc na blacie.
-
Sorry. –Powiedział cicho. Nie odezwałam się, siedziałam cicho jak mysz pod
miotłą. – Nie powinienem przekładać problemów życia prywatnego na pracę, ale
jedno i drugie za dużo ma ze sobą wspólnego. Nie chodzi o ciebie …
-
Czyli cieszysz się, że teraz z wami pracuję? – Spytałam, mrużąc oczy i lekko
przesuwając palcem po jego dłoni. Najpierw patrzył na mnie dziwnie a
za chwilę wziął dłoń i z powrotem ustał przed tarczą.
-
Powinnaś już iść. – Powiedział znowu na mnie nie patrząc, a ja westchnęłam.
Zeszłam ze stołu i skierowałam się do wyjścia ze strzelnicy. Będąc przy
framudze, odwróciłam się jeszcze w jego stronę.
-
2:0 dla ciebie Joey. – Szepnęłam prawie niedosłyszalnie i weszłam na schody.
Nie zważając na pytania Jessiki skierowane
pod moim adresem usiadłam sobie na krześle a głowę oparłam na ręku.
-Dee,
co jest? – Spytała moja przyjaciółka, podchodząc do mnie a przed wypowiedzeniem
mojego prawdziwego imienia rozejrzała się czy jesteśmy same.
-
Nic takiego. Nie przejmuj się Jess. – Odpowiedziałam i w tym samym momencie do
pomieszczenia wszedł Joe. Przybrałam moją maskę flirciary i uśmiechnęłam się do
niego słodko, czy skomentował tylko cichym prychnięciem.
-
Macie kolejne wezwanie. Nielegalna sprzedaż narkotyków przy sklepie na
obrzeżach centrum. – Powiedział McGann. Joseph od razu odstawił kubek z wodą i
skierował się w kierunku wyjścia.
-
Idziecie czy nie? – Warknął, zauważając, ze nie idziemy a patrzymy się na
niego.
-
Tak, chodź Kay. – Powiedziała i skierowaliśmy się do auta. Ledwo wsiadłyśmy a
Średni Jonas ruszył prawie, że z piskiem opon. Siedziałam z tyłu i gdy tylko
patrzył w lusterko widział uśmieszek malujący się na mojej twarzy. Gdy już
myślałam, żeby przestać i posłałam mu ostatni uśmiech zrobił coś, czego się nie
spodziewałam. Niby leciutko, ale odwzajemnił go?! Czyli mamy 2:1? Nie, tylko nie to …
- Jesteśmy na miejscu. – Oznajmił. Wyjął
kluczyki ze stacyjki i schował je do kieszeni.
-
Jess idziesz tam. A ja i twoja kuzyneczka tam. – Powiedział a ja wywróciłam oczami.
-
Mam na imię Kaylee. – Powiedziałam.
-
Ta, chyba Kaylee wkurzajacą. – Zironizował. Postanowiłam tego nie komentować
tylko zająć się akcją.
-
Zaczynamy wreszcie, czy nie?
-
Tak. Do roboty. – Poparła mnie Jess a po chwili każde z nas poszło w ustaloną
wcześniej stronę. Powoli podchodziliśmy do sklepu, gdy nagle zza niego wybiegło
dwóch chłopaków i jedna dziewczyna. Joe, gdy tylko ich zauważył zaczął za nimi
biec. Zrobiłam to samo, co w kilkunastu centymetrowych szpilkach nie było
łatwe, ale nie niewykonalne. Wbiegli do małego lasku a my za nimi. Niestety,
korzenie wystające z pod ziemi musiały zrobić swoje i w taki oto cudowny sposób
wylądowałam w małej rzeczce ze złamanym obcasem i chyba skręconą kostką.
Próbowałam się podnieść, ale z marnymi skutkami. Za każdym razem czułam ból w
kostce, więc poddawałam się. Z oddali natomiast dało się słyszeć przekleństwa
wypowiadane przez Jonasa.
-
Kaylee, do kurwy nędzy, gdzie jesteś?! – Krzyknął, będąc już w pobliżu miejsca
gdzie siedziałam – strumyczka.
-
Tutaj! – Odkrzyknęłam, znowu starając się podnieść.
-
Czy tobie odbiło?! Założyłaś takie buty do roboty gdzie ważna jest sprawność
fizyczna?! – Zaczął się drzeć.
-
Nie drzyj się, tylko mi pomóż z łaski swojej. – Powiedziałam, wyciągając rękę w
jego stronę.
-
Z Demi, nigdy nie było takich problemów. – Powiedział pod nosem, jednak go
usłyszałam. Na moją twarz wstąpił delikatny uśmiech na wspomnienie tego jak
kiedyś razem wylądowaliśmy w podobnej rzeczce. 3:1 na twoją korzyść kochanie …
-
Pomożesz mi wreszcie czy mam tutaj tak siedzieć z przemoczonym do suchej nitki
tyłkiem? - Spytałam a on dopiero wtedy podał mi rękę.
-
Ała, boli. – Szepnęłam, gdy stałam już naprzeciwko niego i starałam się z jego
pomocą wyjść.
-
Ugh! – Skomentował, po czym jednym ruchem, wziął mnie na ręce, wyniósł z
rzeczki i zaczął się kierować w stronę samochodu.
-
Możesz mnie już puścić. – Powiedziałam.
-
Nie wkurzaj mnie, tylko siedź cicho! – Warknął.
-
Milej się nie da? Puść mnie! Poradzę sobie! – Jak powiedziałam, tak zrobił.
Postawił mnie na ziemi i ruszył w dalszą drogę, zostawiając mnie za sobą.
Podniosłam prawą nogę lekko do góry i starałam się doskoczyć do samochodu
jednak akcja zakończyła się niepowodzeniem, gdyż obcas buta z lewej nogi utknął
w ziemi i wywaliłam się - znowu.
-
I jak radzisz sobie? – Spytał z sarkazmem, opierając się o pień drzewa. Kur …
de. Wyglądał tak cholernie seksownie w tym szarym, opinającym jego ciało
t-shirt’cie i jeansach . Tylko szło się na niego rzucić i nigdzie nie puszczać.
Demi! Uspokój się! Skup
się na dojściu do samochodu.
-
Tak, zajebiście sobie radzę! Moim marzeniem było siedzieć na mokrej trawie w
lesie z pewnie skręconą kostką!
-
Sama powiedziałaś, że nie potrzebujesz pomocy!
-
Nie wiesz, że w ustach kobiety to brzmi, że potrzebuje? Co, twoja dziewczyna
nigdy taka nie była?
-
Co ma wspólnego moja dziewczyna?! – Oj, wkurzył się. – Nic, o niej nie wiesz!
Nie wiesz, jaka była! Jak cholernie mi na niej zależało! – Powiedział
podchodząc do mnie i podnosząc mnie.
-
O, czyli teraz ci nie zależy?!
-
Zależy! Wciąż mam nadzieję, że ten pieprzony wypadek to tylko, zły sen! Że w
końcu się z niego obudzę! – Teraz nie był już tylko wkurzony. Był wściekły do
granic możliwości i to tak, ze potrząsnął mną. Poczułam lekki ból w klatce
piersiowej i zrobiło mi się słabo. Rana dawała o sobie znać. Mocno, złapałam
się jego ramienia, żeby nie upaść i starałam się uregulować oddech. 4:1
-
Kaylee! Co się dzieje? – W jednej chwili obok nas pojawiła się Jessika.
-
Boli. – Szepnęłam, kciukiem wskazując na miejsce rany.
-
O cholera. Joe, weź ją na ręce i zanieś do samochodu. – Powiedziała. – Ja
zadzwonię po karetkę.
-
Jess, nie. Nie możesz. A to, zaraz mi przejdzie. – Powiedziałam cicho.
Następne, co poczułam to tylko to, jak brunet brał mnie na ręce i niósł do
auta. Oplotłam rękami jego szyję a głowę przytuliłam do jego piersi, zamykając
oczy.
-
Na pewno, nie trzeba z tobą jechać do tego szpitala? – Spytał.
-
Nie, zaraz mi przejdzie. Naprawdę.
-
Dobra, skoro pani uparta nie chce do szpitala to jedziemy do mnie. – Zarządził
a chwile później poczułam jak sadza mnie na tylnym siedzeniu. Zdjęłam ręce z
jego szyi i oparłam się o fotel i starałam się wziąć głęboki oddech. W tym
czasie moi towarzysze zajęli swoje miejsca z przodu a po chwili ruszyliśmy.
Nawet nie wiem, kiedy droga minęła, gdyż
cały czas miałam zamknięte oczy i starałam się nie myśleć o bólu. Po części się
udało i mogłam już normalnie oddychać, jednak i tak jeszcze trochę mnie bolało.
-
Idź otwórz drzwi a ja ją wezmę. – Usłyszałam, więc otworzyłam oczy. Jessika
pokiwała głową na znak zgody, biorąc od Joe klucze od jego mieszkania a on sam
zajął się mną.
-
Lepiej ci królewno? – Spytał ironizując, ale widziałam na jego twarzy zarys
uśmiechu.
-
Można, tak powiedzieć. Nie, zostaw, daj mi tylko rękę. – Powiedziałam, gdy znów
chciał wziąć mnie na ręce. Podał mi swoją dłoń a ja powoli wysiadłam z
samochodu i ustałam na własnych nogach, uważając by nie urazić kostki. Chłopak
w tym czasie zamknął drzwi i ruszyliśmy.
-
Czekaj.
-
Co znowu? – Przewróciłam oczami; lekko się schyliłam i ściągnęłam buty z
nóg. O wiele lepiej,
pomyślałam, uśmiechając się. Ponownie ruszyliśmy w stronę wejścia do
apartamentowca i windą wjechaliśmy na odpowiednie piętro. Gdy byliśmy już na
górze a drzwi windy się otworzyły, z pomocą Jonasa weszliśmy do jego
mieszkania. Usiadłam na kanapie w salonie, Jessika obok mnie a Joe wyszedł z
pomieszczenia. Spojrzałam na półkę stojącą przy ścianie i jakby, zdziwiłam się.
Stały tam nasze zdjęcia. Jego i mnie, jako Dee.
Podniosłam się z kanapy, dokuśtykałam w tamtą
stronę i wzięłam to, które miałam również na tapecie na laptopie, do ręki i
uśmiechnęłam się.
-
Jess?
-
Hmm?
-
Myślisz, że specjalnie je tu zostawił czy zapomniał schować? – Spytałam,
dokładnie przyglądając się zdjęciu, które i tak znałam już na pamięć. Każdy
jego najmniejszy szczegół.
-
Kay, mówiłam ci już w domu, jemu …
-
Proszę. – Jej wypowiedź, przerwał wchodzący z powrotem do pomieszczenia Joe.
Wzięłam od niego szklankę z woda i wypiłam. Na szczęście ból już ustąpił i
znowu mogłam poruszać się całkowicie sprawnie, nie wliczając bolącej jeszcze
kostki. Odwróciłam się w jego stronę ze zdjęciem w jednej ręce a szklankę
odstawiłam na półkę.
-
Ta, to moja dziewczyna. – Powiedział patrząc na mnie a ja zrobiłam zdziwioną
minę. – Wiedziałem, ze o to zapytasz, więc ci mówię.
-
Do najpiękniejszych to ona nie należy, trochę dziwnie wygląda z tobą, takim
przystojniakiem, na jednym zdjęciu. – Powiedziałam, znowu zaczynając swoją grę.
– O wiele lepiej by to wyglądało, gdybym ja tam była. – Dodałam, uwodzicielskim
tonem.
-
Kaylee! – Krzyknęła Jess.
-
Co?
-
Zostaw go. Starczy.
-
Oj Jessika, nie przesadzaj. Ona nie żyje, a chłopak nie powinien się cały czas
zadręczać; niech korzysta z życia. – Sama nie wiedziałam skąd ja biorę siłę na
wymawianie takich zdań. Spojrzałam na niego znowu i w jego oczach dostrzegłam
gniew, ale i smutek, który jeszcze trochę a wylałby się z niego w postaci
łez. 5:1 …
Przyglądając mu się, w pewnym momencie
miałam ochotę powiedzieć mu prawdę. Że wciąż tu jestem, tylko go sprawdzam. Nie
chciałam patrzeć na to jak cierpi, ale gdy zrobiłam pierwszy krok w jego
stronę, po prostu wyszedł … Wyszedł z pomieszczenia i trzasnął drzwiami od
sypialni.
-
Teraz to trochę przesadziłaś. – Stwierdziła. Kurwa!
-
Wiem, ale …
-
Nie, Kay. Nie ma żadnego, „ale”. Ja jadę teraz na policję, powiedzieć, że ich
nie złapaliśmy, a ty idziesz go przeprosić. I gucio mnie obchodzi twoja kostka.
– Powiedziała, podnosząc się z kanapy i wyszła. Podniosłam głowę do góry i
westchnęłam a po chwili, opierając się o ściany i meble, doskoczyłam do drzwi
od sypialni Joe. Zapukałam, ale nie usłyszałam żadnej odpowiedzi.
-
Joe. – Powiedziałam, naciskając klamkę i wchodząc do środka. Nic się nie
zmieniło od mojej ostatniej wizyty.
Siedział na łóżku, obracając w ręku nic
innego jak moją bransoletkę. Skąd on ją w ogóle ma?
Tym razem podskoczenie do niego nie było
proste, gdyż nie miałam się, czego przytrzymać. Przy samym końcu potknęłam się -
znowu, ale w ostatniej chwili złapał mnie i posadził na łóżku.
-
Joe, słuchaj, ja … sorry za tamto. Nie powinnam była tego mówić. Ale ja już tak
po prostu mam. Najpierw mówię potem myślę. Naprawdę sorry. – Powiedziałam,
bojąc się spojrzeć mu w oczy.
-
Po części miałaś rację. Życie toczy się dalej, ale nie umiem tak po prostu
pozbyć się wspomnień z nią związanych. – Powiedział. Uśmiechnęłam się lekko.
-
To, co? Zaczynamy od nowa?
-
Okej. Ale zanim to nastąpi, mam warunek. Ja zabieram cię teraz do szpitala z tą
kostką a ty, przestajesz mnie podrywać, okej? – Spytał.
-
Jasne.
-
No, to chodź. Idziemy. – Powiedział. Odłożył bransoletkę na półkę, mi pomógł
wstać, a pół godziny później byliśmy już w szpitalu. Lekarz założył mi
stabilizator, w którym mogłam przynajmniej chodzić o własnych siłach.
-
Kurcze, przez najbliższy czas nie będę mogła zakładać szpilek! – Powiedziałam w
samochodzie a chłopak zaczął się śmiać.
-
O nie, nie przez najbliższy czas. Do roboty już nigdy ich nie założysz.
-
Co?!
-
Jedziemy na zakupy. Pokaże ci jak się chodzi ubranym do TEJ pracy. – Zawrócił
samochodem, kierując nas w stronę centrum, pod którym znaleźliśmy się już 20
minut później.
- Ty żartujesz, prawda? Mowy nie ma, nie
założę butów bez obcasów.
-
Nie, nie żartuję i tak, założysz, choćbym sama miał cię w nie wcisnąć. –
Odpowiedział, zbliżając się do kasy.
-
No proszę. Chociaż na takim malutkim. Prooooooszę.
-
Nie.
-
Ugh. Nie lubię cię. – Powiedziałam udając małe dziecko. Joe zaczął się śmiać a
po chwili do niego dołączyłam. Cieszyłam się, że widzę go, chociaż trochę
szczęśliwego. I tak już mi udowodnił, że mu zależy, jednak miałam jeszcze
ostatni test do zrobienia.
- Ubrudziłeś się. – Powiedziałam, gdy po
zakupach, siedzieliśmy na ławce w centrum i obżeraliśmy się lodami.
-
Gdzie? – Spytał, wycierając się ręką.
-
Tutaj. – Odpowiedziałam i łyżeczką nałożyłam mu bitą śmietanę na nos.
-
Ej! Bo ci oddam!
-
Jasne, jasne. Uważaj. No dobra chodź, cię wytrę. – Powiedziałam, biorąc
chusteczkę z kieszeni. Zbliżyłam się trochę do niego i wytarłam miejsce gdzie
go ubrudziłam. Spojrzałam mu w oczy. Ostatni
test, pomyślałam. Opuściłam rękę i zbliżyłam się jeszcze bardziej i
musnęłam lekko jego usta. Przez chwilę nic się nie działo, ale kilka sekund
albo nawet setnych sekundy potem oderwał się ode mnie i wstał.
-
Nie, nie mogę. – Wyszeptał i odszedł w stronę wyjścia.
6:1 – wygrałeś skarbie
…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz