niedziela, 11 listopada 2012

Rozdział 21

[ by Myself ]
-Na pewno chcesz to zrobić? – Spytała Jessika, opierając się o framugę drzwi, do pokoju, który aktualnie zajmowałam. Przymierzałam właśnie kolejną bluzkę, która pasowałaby do moich jasnych, przetartych jeansów. Wyjęłam z szafy luźną fioletową bluzkę >look< bez ramiączek tylko z gumką, która trzymała ją na ramionach.  Przejrzałam się w lustrze, obracając się dookoła własnej osi i stwierdziłam, ze nie pasuje. Jessika w tym czasie kontynuowała.
- Przecież odeszłaś, bo za dużo wspomnień było związanych z komisariatem i no wiesz.
- Jess, a co jeżeli to jedyny sposób by sprawdzić czy naprawdę mu zależy? Chcę mu wybaczyć, a może nawet już to zrobiłam, ale musze mieć pewność. – Odparłam i wyciągnęłam kolejną bluzkę. Tym razem była biała na ramiączka, do których przyszyte były luźniutkie rękawy rozcięte od dołu. Założyłam ją na siebie i ponownie się przejrzałam.
- Powiem mu prawdę, ale dopiero, gdy przejdzie mój test, jeżeli jednak nie, to będzie żył ze świadomością, że ja nie żyję i ułoży sobie życie z kimś innym. – Idealnie, pomyślałam, patrząc na swoje odbicie.
- Nie poznaję cię Demi. Ale to twoje życie. Powiem ci jedno. Każdego dnia jak widzę go w pracy, przygaszonego, smutnego, zrozpaczonego, mam ochotę podejść do niego i powiedzieć mu prawdę, ale nie robię tego, bo jesteś moją przyjaciółką i ci to obiecałam. Gdyby tylko mógł cofnąłby czas, rozumiesz? Dałby wszystko byle byś była obok niego. Nie będę ci nic zakazywać, bo nie jestem, twoja matką, ale oboje na tym ucierpicie Demi. – Z każdym jej słowem czułam, ze zaraz się rozpłaczę. Założyłam moje szpilki >look< i dzielnie hamując łzy spojrzałam na nią.
- Tak musi być Jess. – Szepnęłam. Podniosłam się z łóżka i razem z Olson skierowałyśmy się na dół do jej samochodu. Schodząc po schodach oczywiście musiałam się potknąć i gdyby nie interwencja mojej przyjaciółki, zleciałabym na dół, łamiąc sobie przy okazji parę kości, i konieczna byłaby ponowna wizyta w szpitalu a tego nie chciałam.
- Właściwie, po co ty założyłaś te szpile? I ten strój? >look< - Spytała, przy samochodzie. – I w dodatku ten mocny makijaż. To do ciebie nie pasuje.
- Właśnie o to chodzi. Mam w jak najmniejszym stopniu przypominać Demi a stać się rudowłosą, flirtującą z Joe dziewczyną. – Opowiedziałam. Nie odezwała się już tylko wsiadła do auta a ja za nią i po chwili byłyśmy już w drodze na komisariat.

- Proszę.
- Cześć szefie. To jest Kaylee, moja kuzynka. – Powiedziała Jess, gdy weszłyśmy do gabinetu McGanna.
- Miło poznać. Mam nadzieję, ze będzie ci się u nas dobrze pracować. – Powiedział z uśmiechem podając mi rękę, którą uścisnęłam.
- Również mam taką nadzieję. – Odpowiedziałam.
- Pójdę zobaczyć czy Joe już przyszedł. – Powiedziała Jess i wycofała się z pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi. Chwilę porozmawialiśmy z szefem na temat, „Czemu przyjechałaś do kuzynki” itp. Oczywiście musiałam nakłamać, że tamtejszą komendę zamknęli i przyjechałam do Miasta Aniołów.
- Kolejny durny żarcik szefa?! – Do pomieszczenia nagle wszedł zły jak osa Jonas.
- Uspokój się Jonas. To Kaylee Evans, kuzynka Jessiki. Od dziś z wami pracuje. Jest za Demi. –  Powiedział szef.
- Dee nikt nie zastąpi! – Krzyknął i wyszedł z pomieszczenia, trzaskając drzwiami. Spojrzałam na McGanna a po chwili i on przeniósł wzrok na mnie.
- Przepraszam za niego. Zwykle się tak nie zachowuje, ale po ostatnich przejściach jest rozdrażniony. – Powiedział a ja pokiwałam głową. Czyżby było 1:0 dla Joe? Punkt na jego korzyść? A może to tylko dobra gra przed współpracownikami a gdy jest sam, jego humor diametralnie się zmienia na zwariowany-taki jak zawsze.
- No to chyba na tyle. Jessika cię oprowadzi po komisariacie. – Rzekł szef a ja wstałam z krzesła i skierowałam się do wyjścia.
- I jak rozmowa z McGannem, De … Kaylee?
- Dobrze. Słuchaj nie wiesz gdzie poszedł Joe? – Spytałam.
- Przypuszczam, ze na strzelnicę, ale czemu pytasz?
- Chyba mój test działa i jak na razie jest 1:0 dla niego. – Odparłam.
- Nadal uważam …
- Tak Jess, wiem. Idę do niego.
- Ale Kay …
- Wiem, co robię. – Powiedziałam i skierowałam się na schody do strzelnicy. Musiałam się bardzo postarać, żeby w tych szpilkach nie zwalić się z nich.
- Kur … de. W życiu już ich nie założę! – Jestem pewna, że przynajmniej połowa komisariatu to słyszała, ale co zrobić, gdy o mało nie zleciałam z ostatnich trzech schodków. Drugim odgłosem, jaki można było usłyszeć były strzały. Zajrzałam do środka a po chwili zobaczyłam bruneta ładującego broń.
- Hej! Czemu prawie wybiegłeś z gabinetu szefa? – Spytałam stając za nim.
- Nie powinno cię to obchodzić. – Warknął i nacisnął spust. Nabój przeleciał przez połowę sali a następnie trafił w 5 na tarczy.
- Ej! Staram się być miła. – Powiedziałam z wyrzutem. – Mógłbyś się, chociaż przedstawić. – Zauważyłam.
- Joeseph Jonas. Teraz pasuje?!
- Wyluzuj trochę. A z grzeczności to wypadałoby się odwrócić.
- Czego ty w ogóle chcesz?! Weź idź do swojej kuzynki a mnie zostaw w spokoju! – W życiu w jego głosie nie słyszałam takiej złości. Nawet podczas naszych kłótni przy różnych zleceniach. Po prostu kipiało od niego wściekłością. Zrobiłam kilka kroków w tył i usiadłam na stole z pudełeczkami nabojów. Spuściłam głowę w dół żeby nie widział, że jego słowa mnie zabolały. Lekko otarłam kąciki oczu palcem i znowu na niego spojrzałam. Dopiero teraz zauważyłam, ze ręce mu się trzęsą. Po chwili opuścił je, schował broń do kabury przy pasku i zmierzwił sobie delikatnie włosy ręką. Odwrócił się w moja stronę i podszedł do stolika opierając się o niego a ręce kładąc na blacie.
- Sorry. –Powiedział cicho. Nie odezwałam się, siedziałam cicho jak mysz pod miotłą. – Nie powinienem przekładać problemów życia prywatnego na pracę, ale jedno i drugie za dużo ma ze sobą wspólnego. Nie chodzi o ciebie …
- Czyli cieszysz się, że teraz z wami pracuję? – Spytałam, mrużąc oczy i lekko przesuwając palcem po jego dłoni.  Najpierw patrzył na mnie dziwnie a za chwilę wziął dłoń i z powrotem ustał przed tarczą.
- Powinnaś już iść. – Powiedział znowu na mnie nie patrząc, a ja westchnęłam. Zeszłam ze stołu i skierowałam się do wyjścia ze strzelnicy. Będąc przy framudze, odwróciłam się jeszcze w jego stronę.
- 2:0 dla ciebie Joey. – Szepnęłam prawie niedosłyszalnie i weszłam na schody.

Nie zważając na pytania Jessiki skierowane pod moim adresem usiadłam sobie na krześle a głowę oparłam na ręku.
-Dee, co jest? – Spytała moja przyjaciółka, podchodząc do mnie a przed wypowiedzeniem mojego prawdziwego imienia rozejrzała się czy jesteśmy same.
- Nic takiego. Nie przejmuj się Jess. – Odpowiedziałam i w tym samym momencie do pomieszczenia wszedł Joe. Przybrałam moją maskę flirciary i uśmiechnęłam się do niego słodko, czy skomentował tylko cichym prychnięciem.
- Macie kolejne wezwanie. Nielegalna sprzedaż narkotyków przy sklepie na obrzeżach centrum. – Powiedział McGann. Joseph od razu odstawił kubek z wodą i skierował się w kierunku wyjścia.
- Idziecie czy nie? – Warknął, zauważając, ze nie idziemy a patrzymy się na niego.
- Tak, chodź Kay. – Powiedziała i skierowaliśmy się do auta. Ledwo wsiadłyśmy a Średni Jonas ruszył prawie, że z piskiem opon. Siedziałam z tyłu i gdy tylko patrzył w lusterko widział uśmieszek malujący się na mojej twarzy. Gdy już myślałam, żeby przestać i posłałam mu ostatni uśmiech zrobił coś, czego się nie spodziewałam. Niby leciutko, ale odwzajemnił go?! Czyli mamy 2:1? Nie, tylko nie to …

- Jesteśmy na miejscu. – Oznajmił. Wyjął kluczyki ze stacyjki i schował je do kieszeni.
- Jess idziesz tam. A ja i twoja kuzyneczka tam. – Powiedział a ja wywróciłam oczami.
- Mam na imię Kaylee. – Powiedziałam.
- Ta, chyba Kaylee wkurzajacą. – Zironizował. Postanowiłam tego nie komentować tylko zająć się akcją.
- Zaczynamy wreszcie, czy nie?
- Tak. Do roboty. – Poparła mnie Jess a po chwili każde z nas poszło w ustaloną wcześniej stronę. Powoli podchodziliśmy do sklepu, gdy nagle zza niego wybiegło dwóch chłopaków i jedna dziewczyna. Joe, gdy tylko ich zauważył zaczął za nimi biec. Zrobiłam to samo, co w kilkunastu centymetrowych szpilkach nie było łatwe, ale nie niewykonalne. Wbiegli do małego lasku a my za nimi. Niestety, korzenie wystające z pod ziemi musiały zrobić swoje i w taki oto cudowny sposób wylądowałam w małej rzeczce ze złamanym obcasem i chyba skręconą kostką. Próbowałam się podnieść, ale z marnymi skutkami. Za każdym razem czułam ból w kostce, więc poddawałam się. Z oddali natomiast dało się słyszeć przekleństwa wypowiadane przez Jonasa.
- Kaylee, do kurwy nędzy, gdzie jesteś?! – Krzyknął, będąc już w pobliżu miejsca gdzie siedziałam – strumyczka.
- Tutaj! – Odkrzyknęłam, znowu starając się podnieść.
- Czy tobie odbiło?! Założyłaś takie buty do roboty gdzie ważna jest sprawność fizyczna?! – Zaczął się drzeć.
- Nie drzyj się, tylko mi pomóż z łaski swojej. – Powiedziałam, wyciągając rękę w jego stronę.
- Z Demi, nigdy nie było takich problemów. – Powiedział pod nosem, jednak go usłyszałam. Na moją twarz wstąpił delikatny uśmiech na wspomnienie tego jak kiedyś razem wylądowaliśmy w podobnej rzeczce. 3:1 na twoją korzyść kochanie …
- Pomożesz mi wreszcie czy mam tutaj tak siedzieć z przemoczonym do suchej nitki tyłkiem?  - Spytałam a on dopiero wtedy podał mi rękę.
- Ała, boli. – Szepnęłam, gdy stałam już naprzeciwko niego i starałam się z jego pomocą wyjść.
- Ugh! – Skomentował, po czym jednym ruchem, wziął mnie na ręce, wyniósł z rzeczki i zaczął się kierować w stronę samochodu.
- Możesz mnie już puścić. – Powiedziałam.
- Nie wkurzaj mnie, tylko siedź cicho! – Warknął.
- Milej się nie da? Puść mnie! Poradzę sobie! – Jak powiedziałam, tak zrobił. Postawił mnie na ziemi i ruszył w dalszą drogę, zostawiając mnie za sobą. Podniosłam prawą nogę lekko do góry i starałam się doskoczyć do samochodu jednak akcja zakończyła się niepowodzeniem, gdyż obcas buta z lewej nogi utknął w ziemi i wywaliłam się - znowu.
- I jak radzisz sobie? – Spytał z sarkazmem, opierając się o pień drzewa. Kur … de. Wyglądał tak cholernie seksownie w tym szarym, opinającym jego ciało t-shirt’cie i jeansach . Tylko szło się na niego rzucić i nigdzie nie puszczać.
Demi! Uspokój się! Skup się na dojściu do samochodu.
- Tak, zajebiście sobie radzę! Moim marzeniem było siedzieć na mokrej trawie w lesie z pewnie skręconą kostką!
- Sama powiedziałaś, że nie potrzebujesz pomocy!
- Nie wiesz, że w ustach kobiety to brzmi, że potrzebuje? Co, twoja dziewczyna nigdy taka nie była?
- Co ma wspólnego moja dziewczyna?! – Oj, wkurzył się. – Nic, o niej nie wiesz! Nie wiesz, jaka była! Jak cholernie mi na niej zależało! – Powiedział podchodząc do mnie i podnosząc mnie.
- O, czyli teraz ci nie zależy?!
- Zależy! Wciąż mam nadzieję, że ten pieprzony wypadek to tylko, zły sen! Że w końcu się z niego obudzę! – Teraz nie był już tylko wkurzony. Był wściekły do granic możliwości i to tak, ze potrząsnął mną. Poczułam lekki ból w klatce piersiowej i zrobiło mi się słabo. Rana dawała o sobie znać. Mocno, złapałam się jego ramienia, żeby nie upaść i starałam się uregulować oddech. 4:1
- Kaylee! Co się dzieje? – W jednej chwili obok nas pojawiła się Jessika.
- Boli. – Szepnęłam, kciukiem wskazując na miejsce rany.
- O cholera. Joe, weź ją na ręce i zanieś do samochodu. – Powiedziała. – Ja zadzwonię po karetkę.
- Jess, nie. Nie możesz. A to, zaraz mi przejdzie. – Powiedziałam cicho. Następne, co poczułam to tylko to, jak brunet brał mnie na ręce i niósł do auta. Oplotłam rękami jego szyję a głowę przytuliłam do jego piersi, zamykając oczy.
- Na pewno, nie trzeba z tobą jechać do tego szpitala? – Spytał.
- Nie, zaraz mi przejdzie. Naprawdę.
- Dobra, skoro pani uparta nie chce do szpitala to jedziemy do mnie. – Zarządził a chwile później poczułam jak sadza mnie na tylnym siedzeniu. Zdjęłam ręce z jego szyi i oparłam się o fotel i starałam się wziąć głęboki oddech. W tym czasie moi towarzysze zajęli swoje miejsca z przodu a po chwili ruszyliśmy.

Nawet nie wiem, kiedy droga minęła, gdyż cały czas miałam zamknięte oczy i starałam się nie myśleć o bólu. Po części się udało i mogłam już normalnie oddychać, jednak i tak jeszcze trochę mnie bolało.
- Idź otwórz drzwi a ja ją wezmę. – Usłyszałam, więc otworzyłam oczy. Jessika pokiwała głową na znak zgody, biorąc od Joe klucze od jego mieszkania a on sam zajął się mną.
- Lepiej ci królewno? – Spytał ironizując, ale widziałam na jego twarzy zarys uśmiechu.
- Można, tak powiedzieć. Nie, zostaw, daj mi tylko rękę. – Powiedziałam, gdy znów chciał wziąć mnie na ręce. Podał mi swoją dłoń a ja powoli wysiadłam z samochodu i ustałam na własnych nogach, uważając by nie urazić kostki. Chłopak w tym czasie zamknął drzwi i ruszyliśmy.
- Czekaj.
- Co znowu? – Przewróciłam oczami; lekko się schyliłam i ściągnęłam buty z nóg. O wiele lepiej,  pomyślałam, uśmiechając się. Ponownie ruszyliśmy w stronę wejścia do apartamentowca i windą wjechaliśmy na odpowiednie piętro. Gdy byliśmy już na górze a drzwi windy się otworzyły, z pomocą Jonasa weszliśmy do jego mieszkania. Usiadłam na kanapie w salonie, Jessika obok mnie a Joe wyszedł z pomieszczenia. Spojrzałam na półkę stojącą przy ścianie i jakby, zdziwiłam się. Stały tam nasze zdjęcia. Jego i mnie, jako Dee.

Podniosłam się z kanapy, dokuśtykałam w tamtą stronę i wzięłam to, które miałam również na tapecie na laptopie, do ręki i uśmiechnęłam się.
- Jess?
- Hmm?
- Myślisz, że specjalnie je tu zostawił czy zapomniał schować? – Spytałam, dokładnie przyglądając się zdjęciu, które i tak znałam już na pamięć. Każdy jego najmniejszy szczegół.
- Kay, mówiłam ci już w domu, jemu …
- Proszę. – Jej wypowiedź, przerwał wchodzący z powrotem do pomieszczenia Joe. Wzięłam od niego szklankę z woda i wypiłam. Na szczęście ból już ustąpił i znowu mogłam poruszać się całkowicie sprawnie, nie wliczając bolącej jeszcze kostki. Odwróciłam się w jego stronę ze zdjęciem w jednej ręce a szklankę odstawiłam na półkę.
- Ta, to moja dziewczyna. – Powiedział patrząc na mnie a ja zrobiłam zdziwioną minę. – Wiedziałem, ze o to zapytasz, więc ci mówię.
- Do najpiękniejszych to ona nie należy, trochę dziwnie wygląda z tobą, takim przystojniakiem, na jednym zdjęciu. – Powiedziałam, znowu zaczynając swoją grę. – O wiele lepiej by to wyglądało, gdybym ja tam była. – Dodałam, uwodzicielskim tonem.
- Kaylee! – Krzyknęła Jess.
- Co?
- Zostaw go. Starczy.
- Oj Jessika, nie przesadzaj. Ona nie żyje, a chłopak nie powinien się cały czas zadręczać; niech korzysta z życia. – Sama nie wiedziałam skąd ja biorę siłę na wymawianie takich zdań. Spojrzałam na niego znowu i w jego oczach dostrzegłam gniew, ale i smutek, który jeszcze trochę a wylałby się z niego w postaci łez. 5:1 … 

Przyglądając mu się, w pewnym momencie miałam ochotę powiedzieć mu prawdę. Że wciąż tu jestem, tylko go sprawdzam. Nie chciałam patrzeć na to jak cierpi, ale gdy zrobiłam pierwszy krok w jego stronę, po prostu wyszedł … Wyszedł z pomieszczenia i trzasnął drzwiami od sypialni.
- Teraz to trochę przesadziłaś. – Stwierdziła. Kurwa!
- Wiem, ale …
- Nie, Kay. Nie ma żadnego, „ale”. Ja jadę teraz na policję, powiedzieć, że ich nie złapaliśmy, a ty idziesz go przeprosić. I gucio mnie obchodzi twoja kostka. – Powiedziała, podnosząc się z kanapy i wyszła. Podniosłam głowę do góry i westchnęłam a po chwili, opierając się o ściany i meble, doskoczyłam do drzwi od sypialni Joe. Zapukałam, ale nie usłyszałam żadnej odpowiedzi.
- Joe. – Powiedziałam, naciskając klamkę i wchodząc do środka. Nic się nie zmieniło od mojej ostatniej wizyty.

Siedział na łóżku, obracając w ręku nic innego jak moją bransoletkę. Skąd on ją w ogóle ma?

Tym razem podskoczenie do niego nie było proste, gdyż nie miałam się, czego przytrzymać. Przy samym końcu potknęłam się - znowu, ale w ostatniej chwili złapał mnie i posadził na łóżku.
- Joe, słuchaj, ja … sorry za tamto. Nie powinnam była tego mówić. Ale ja już tak po prostu mam. Najpierw mówię potem myślę. Naprawdę sorry. – Powiedziałam, bojąc się spojrzeć mu w oczy.
- Po części miałaś rację. Życie toczy się dalej, ale nie umiem tak po prostu pozbyć się wspomnień z nią związanych. – Powiedział. Uśmiechnęłam się lekko.
- To, co? Zaczynamy od nowa?
- Okej. Ale zanim to nastąpi, mam warunek. Ja zabieram cię teraz do szpitala z tą kostką a ty, przestajesz mnie podrywać, okej? – Spytał.
- Jasne.
- No, to chodź. Idziemy. – Powiedział. Odłożył bransoletkę na półkę, mi pomógł wstać, a pół godziny później byliśmy już w szpitalu. Lekarz założył mi stabilizator, w którym mogłam przynajmniej chodzić o własnych siłach.
- Kurcze, przez najbliższy czas nie będę mogła zakładać szpilek! – Powiedziałam w samochodzie a chłopak zaczął się śmiać.
- O nie, nie przez najbliższy czas. Do roboty już nigdy ich nie założysz.
- Co?!
- Jedziemy na zakupy. Pokaże ci jak się chodzi ubranym do TEJ pracy. – Zawrócił samochodem, kierując nas w stronę centrum, pod którym znaleźliśmy się już 20 minut później.

- Ty żartujesz, prawda? Mowy nie ma, nie założę butów bez obcasów.
- Nie, nie żartuję i tak, założysz, choćbym sama miał cię w nie wcisnąć. – Odpowiedział, zbliżając się do kasy.
- No proszę. Chociaż na takim malutkim. Prooooooszę.
- Nie.
- Ugh. Nie lubię cię. – Powiedziałam udając małe dziecko. Joe zaczął się śmiać a po chwili do niego dołączyłam. Cieszyłam się, że widzę go, chociaż trochę szczęśliwego. I tak już mi udowodnił, że mu zależy, jednak miałam jeszcze ostatni test do zrobienia.

- Ubrudziłeś się. – Powiedziałam, gdy po zakupach, siedzieliśmy na ławce w centrum i obżeraliśmy się lodami.
- Gdzie? – Spytał, wycierając się ręką.
- Tutaj. – Odpowiedziałam i łyżeczką nałożyłam mu bitą śmietanę na nos.
- Ej! Bo ci oddam!
- Jasne, jasne. Uważaj. No dobra chodź, cię wytrę. – Powiedziałam, biorąc chusteczkę z kieszeni. Zbliżyłam się trochę do niego i wytarłam miejsce gdzie go ubrudziłam. Spojrzałam mu w oczy. Ostatni test,  pomyślałam. Opuściłam rękę i zbliżyłam się jeszcze bardziej i musnęłam lekko jego usta. Przez chwilę nic się nie działo, ale kilka sekund albo nawet setnych sekundy potem oderwał się ode mnie i wstał.
- Nie, nie mogę. – Wyszeptał i odszedł w stronę wyjścia.
6:1 – wygrałeś skarbie …

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz