[ by Sweet_Lemon ]
Byłem w szoku. Nie żyje?! Moja Demi nie
żyje! Przecież to nie możliwe…!
-
O czym ty mówisz Nick?! Stroisz sobie ze mnie żarty?! Prima Aprilis dopiero
będzie! – krzyczałem. Byłem załamany. Jeśli to, co on mówi, jest prawdą, to ja
się zabije.
-
Próbowali złapać Willa i jego bandę, ale im się nie udało. – Powiedział.
-
Przysięgam, że jak wrócę do LA to zabiję drania!
-
I co ci to da? I tak nie wrócisz jej życia Joe. Postanowiliśmy z Miley
przełożyć ślub o rok. W ten sposób chcemy uczcić żałobę po niej. – Nie
słuchałem go zbytnio. Przyglądałem się zdjęciu Demi na moim laptopie. Dlaczego
wszystko musiało się zepsuć? Dlaczego wszystko musiał szlag trafić? Czemu nie
mogę być szczęśliwy z osobą, którą kocham najbardziej na świecie? Tak wiele
pytań i ani jednej odpowiedzi na nie.
-
Czemu nie powiadomiłeś mnie o tym wcześniej? Wiesz jak się teraz czuję? – Spytałem
brata. Ogromny ból i pustka przeszywały moje serce.
-
Sam nie wiem. Nie mogliśmy się jakoś pozbierać. Miley to bardzo przeżywa. Niby
mówi, że jest dobrze, a ja wiem, że tak nie jest. Nawet nie wiem jak mam ją
pocieszać i co wiąże się z tym, że nie wiem jak pomóc wam obojgu. Odkąd Dee
wróciła z Vegas, starałem się jej wbić do głowy, że nie zostawiłeś Annie przed
ołtarzem…
-
Nie chce tego słuchać Nick. Jutro wracam do L.A. Trzymaj się. – Zakończyłem tą
rozmowę i schowałem twarz w dłoniach, płacząc jak małe dziecko.
W głowie kłębiło mi się tysiące myśli.
Moje serce chciało do Demi. Nie mogłem nawet ustać na lotnisku. Czekanie na
samolot dłużyło mi się niemiłosiernie. Zrezygnowałem ze wszystkiego. Z pracy, z
mieszkania, z życia. Bez Demetrii to nie to samo. Nie zapomnę wyrazu twarzy
mojego szefa, kiedy go poinformowałem, że odchodzę. Na szczęście zrozumiał i
współczuł.
Z rozmyślań wyrwało mnie moje zbawienie.
Samolot do L.A w końcu mógł mi ulżyć w cierpieniu. Nie martw się Dee, nigdy cię nie zostawię…
A gdyby tak ulżyć temu cierpieniu? Albo
pozbyć się go całkowicie? Tak, żeby już nie powrócił. Nigdy.
Siedziałem teraz w swoim mieszkaniu i
kończyłem drugą butelkę wódki. Nie wiedziałem nawet, jakiej, nie obchodziło
mnie to. Najważniejsze, że mogłem się upić i niczego nie pamiętać. Ponownie
zacząłem pracować na komendzie. Ale bez Dee to inaczej praca
idzie. Wczoraj odwiedziłem moją ukochaną na cmentarzu. W ogóle na to
nie zasłużyła. Dlaczego mnie to nie spotkało? Czemu ja nie zginąłem?
Popatrzyłem na broń leżącą na ławie.
Przez dłuższą chwilę się w nią wpatrywałem. Czyżby to było moje wybawienie?
Wypiłem ostatni łyk trunku i wziąłem pistolet do ręki. Czy to dobre
rozwiązanie? Chyba jedyne z możliwych. Jedyne, by być z Dee już na zawsze.
Sprawdziłem czy jest naładowany, kiedy okazało się, że jest, przyłożyłem go do
skroni. Kilka łez spłynęło po mojej twarzy.
-
Dla ciebie Demi…
-
Nie rób tego! Odłóż to! – Krzyknął Kevin i wyrwał mi broń z ręki. A może tak
miało być?
Obudziłem się z potwornym bólem głowy.
Nie wiele pamiętałem z wczorajszego dnia. Poczułem zapach kawy.
-
Dee? – Spytałem, wstając z łóżka i biegnąc do kuchni. Jakież było moje
zdziwienie, kiedy w kuchni stała moja mama z troskliwą miną.
-
Chodź tu do mnie. – Powiedziała i rozłożyła ręce. Bez chwili zastanawiania
wtuliłem się w nią i kolejny raz się rozpłakałem.
Damn,
damn, damn
What I'd do to have you
Here, here, here
I wish you were here[1]
What I'd do to have you
Here, here, here
I wish you were here[1]
Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z
tego, że moje życie jest żałosne. Od samego początku. Niby niczego mi nie brakowało,
a jakoś byłem okrutnie traktowany przez los. Po rozmowie z mamą doszedłem do
wniosku, że muszę żyć dalej. Dla Demi. Dla naszej miłości. Ona na pewno, by
tego chciała. Doprowadziłem się do stanu użytkowania i z dniem dzisiejszym
zacząłem nowe życie. Życie bez Dee. Kolejny raz.
Zastanawiałem się, co McGann chce mi
powiedzieć. Był wręcz szczęśliwy, że może mnie mieć w swoim zespole.
Rozmawiałem z Jessiką o tym dniu, w którym Demi zginęła. To, co mi opowiedziała
doprowadziło mnie do furii. Przysiągłem zemstę Will’owi. Choćbym miał iść za to
do więzienia, to i tak pomszczę śmierć Dee. Sprawię, że jak będzie umierał, to
boleśnie. Chcę, by poczuł, co czuję ja, Miles i Jess. Niech cierpi.
-
O czym pan chciał rozmawiać? – Spytałem prosto z mostu. Nie chciałem tracić
czasu na jakieś durne rozmowy.
-
Chciałem cię powiadomić, że a najbliższym czasie do waszego oddziału dołączy
nowa osoba. Ktoś musi zastąpić Demi. – Powiedział, a mnie szlag trafił.
-
Co?! Przecież Dee była niezastąpiona! A teraz chcesz wsadzić mi nową osobę do
zespołu! – Byłem wściekły. Nawet gorzej. Jak on mógł?!
-Wiem,
że ci ciężko Joe, ale nie mam wyjścia. Sami nie dacie sobie rady! – McGann
również się zdenerwował.
-
Tak? To, dlaczego jak ja odszedłem, nikogo nie zatrudniłeś? – Spytałem. I tu cię mam, szefie.
-
Bo byłem przekonany, że wrócisz. Idź już do pracy. Czy się wam podoba czy nie,
nowa osoba do was dojdzie. Od dzisiaj dowodzisz swoją grupą. – powiedział i
wskazał drzwi. Bez słowa wyszedłem z pomieszczenia. Co za dzień!
Miałem cichą nadzieję, że do zespołu nie
dołączy żadna kobieta. Nie zniósłbym tego. Za każdym razem, kiedy zamykam oczy,
widzę umierającą Dee. To mnie przeraża.
-Co się właściwie stało w tym klubie? – Spytałem
Jess.
-
Zwłoki mężczyzny. Jestem pewna, że za tym stoi Will i jego banda. Często bywali
w jego klubie. – Na dźwięk jego imienia, aż mnie odrzuciło. Nienawidziłem go z
całego serca. Idiota zniszczył życie mi i Dee. Przez jego chorą zazdrość,
wszystko się musiało zawalić.
Nim się obejrzałem byliśmy na miejscu.
Szybko wysiadłem z auta i skierowałem się do wejścia klubu, gdzie była już
ekipa policyjna.
-
Czy wiemy, kto to jest? Jacyś świadkowie? – Spytałem.
-
Mężczyzna to Ben Filed, a sprawczyni siedzi przy barze.
-
Ja się tym zajmę. Ty Jess i Mike obejrzyjcie nagrania z monitoringu. – Powiedziałem
i udałem się do baru. Siedziała przy nim rudowłosa dziewczyna i coś piła. –
Pójdziesz z nami. – Złapałem ją za rękę. Kiedy się odwróciła, była przerażona i
wydawała mi się znajoma.
-
O co chodzi? – Spytała wystraszona.
-
Dowiesz się na komendzie. Weźcie ją. Ja zaraz doję. – Przekazałem ją kolegom, a
sam udałem się na miejsce zbrodni. Teraz bez wątpienia jestem przekonany, że za
tym wszystkim stoi Will.
-Wyciągnęliście coś od niej? – Spytałem
Mike. Ten pokiwał przecząco głową. – A tobie, co? Wyglądasz jakbyś ducha
zobaczyła. – Spytałem Jess.
-
Nic mi nie jest. Moja kuzynka będzie z nami pracowała. – Ostatni raz spojrzała
na naszego świadka i razem z kumplem wyszła. Westchnąłem głośno i wszedłem do
pokoju przesłuchań.
-
Co robiłaś w tym klubie? Albo nie. Dlaczego zabiłaś Bena i kto ci kazał to
zrobić? – Spytałem. Nie wiem, czemu, ale musiałem wyżyć się na tej dziewczynie.
-
Nikogo nie zabiłam. Musisz mi uwierzyć Joe. – Popatrzyłem na nią. Zmieszała się
i spuściła głowę.
-
Skąd wiesz jak mam na imię? – Zadałem jej pytanie.
-
Zgadywałam. – Odparła.
-
Dobra, powiedzmy, że ci wierzę. Jak wyjaśnisz to, że jesteś na tych zdjęciach?
– Spytałem cwanie. Wiedziałem, że teraz tak łatwo się nie wywinie.
-
Nie ja na nich jestem. Nie mam tatuażu w tym miejscu. – Odpowiedziała dumnie.
Dokładnie przyjrzałem się fotografii. To rzeczywiście nie była ona. – Mogę
nawet pokazać to miejsce, gdzie jest ten tatuaż.
-
Nie trzeba. – Powiedziałem. Moją uwagę przykuł wisiorek na jej szyi. Taki sam
miała Dee. – Jest pani wolna w takim razie. Proszę nam wybaczyć tą pomyłkę. – Powiedziałem
i wyszedłem. To wszystko jest takie skomplikowane.
Dzisiaj prace skończyłem wcześniej i
odkąd wróciłem, szedłem do Dee. Tak cholernie mi jej brakuje. Nie potrafię
znaleźć sobie miejsca. Życie bez niej to nie to samo.
Zatrzymałem samochód przez cmentarzem.
Miałem szczęście, że kobieta, która sprzedaje znicze i kwiaty jeszcze była.
Uśmiechnąłem się lekko i podszedłem do niej.
-
Dobry wieczór. Poproszę ten bukiet róż i jeden znicz. – Standardowa wypowiedź.
Zawsze brałem to samo, więc nie zdziwiło mnie, kiedy kobieta od razu mi dała
wskazane rzeczy. Ponownie się uśmiechnąłem.
-
Musiałeś być bardzo zakochany chłopcze, skoro przychodzisz tu codziennie. – Powiedziała
kobieta.
-
Dalej jestem. Nie potrafię o niej zapomnieć. Ile płacę? – spytałem, choć
doskonale wiedziałem ile. Po prostu chciałem uniknąć rozmowy na temat Demi.
Wolałem cierpieć w milczeniu.
-
30 dolarów.
-
Proszę. Miłego wieczoru. – Powiedziałem i wszedłem w bramę. Szybko odnalazłem
grób mojej ukochanej. Włożyłem kwiaty do wazonu, zapaliłem znicz i usiadłem na
ławeczce, obok jej nagrobka.
-
Cześć Dee. Mam nadzieję, że się cieszysz z mojej obecności. – Zamilkłem na
chwilę. W gardle uwięzła mi gula, której nie potrafiłem przełknąć. – Nawet
sobie nie wyobrażasz, jak jest mi trudno bez ciebie żyć. Trudno mi się
przyzwyczaić do tego, że nigdy nie będę się budził u twego boku. Przynajmniej
sny sprawiają, że czuję przy sobie twoją obecność. – poczułem słone krople na
policzkach, ale dalej kontynuowałem. – Wolałbym, żebyś mnie nienawidziła, niż
była martwa. Myślisz o mnie czasami? Czy kiedykolwiek ci na mnie zależało?
Nigdy się tego nie dowiem. Teraz nic nie jest takie samo. Nic nie ma sensu, gdy
nie ma cię obok Demi. – Spojrzałem w niebo, przymykając na chwile powieki. –
Proszę, daj mi jakiś znak. Ostatnią szansę, na bycie szczęśliwym z tobą.
Chciałbym, żebyś o mnie, choć raz pomyślała i kochała tak jak ja ciebie. Pewnie
teraz się śmiejesz z moich słów, bo nie raz zawiodłaś się na mnie, ale teraz
mówię prawdę. To przeze mnie to się stało. Mo moja wina, wiem o tym. Proszę cię
o wybaczenie Dee. Tak bardzo mi cię brakuje, tak bardzo tęsknię za tobą. Kocham
cię Dee i zawsze będę. – Ostatnie zdanie wyszeptałem. Nie byłem w stanie
powiedzieć cokolwiek. Westchnąłem i wypowiedziałem słowa, które miałem
powiedzieć jej w dniu naszej nocy poślubnej. – Czekaj tam na mnie. – Otarłem
łzy i powoli udałem się do wyjścia. Ostatni raz zerknąłem na grób Demi. – Śpij
dobrze kochanie.
-
Przepraszam, nie zauważyłam pana. – Powiedziała jakaś kobieta.- Aaa, to pan.
Miło pana widzieć. Kaylee jestem. – Podała rękę, a ja ją uścisnąłem. Nie za
bardzo cieszyłem się z tego spotkania. – Przyszedł pan odwiedzić kogoś? – Spytała.
Jej dociekliwość mnie drażniła.
-
Przyszedłem do dziewczyny. Przepraszam, ale się śpieszę. Dobranoc. – Powiedziałem
i wyminąłem ją. Zdziwiło mnie moje zachowanie. Nigdy wcześniej nie byłem taki
chamski w stosunku do kobiety. Widzisz jak mnie zmieniłaś Demi?
Rano byłem strasznie nie wyspany. Mimo
że poszedłem spać od razu po powrocie do domu. W dodatku te beznadziejne
koszmary z tą Kaylee w roli głównej. Do złudzenia przypomniała mi Demetrię.
Jest prawie identyczna. Starałem się nie myśleć o niej, tylko skupić się na
pracy. Moja komórka dała o sobie znać. Problem w tym, że nie wiedziałem, gdzie
ją zostawiłem wczoraj. Znalazłem ją w łazience, po dobrych 10 minutach.
-
Tak?
-
Co ty taki zmarnowany? Nie mów, że piłeś wczoraj? – Spytała surowym tonem
Miles.
Rzeczywiście, miałem chrypkę.
-
Miley… Stało się coś? Zwykle nie dzwonisz o tej porze. – Spytałem. Codziennie
dzwoniła, pytając jak się trzymam i czy daję sobie radę. W ten sposób
pocieszaliśmy się nawzajem.
-
Nic się nie stało. Po prostu pomyślałam, że może wpadniesz do nas na obiad.
Dawno się nie widzieliśmy. Taki rodzinny obiad. Twoi rodzice też będą. Nie daj
się prosić. Tak ciężko pracujemy, by zapomnieć o tym, co się stało, że nie mamy
dla siebie czasu nawet. – Czułem po jej głosie, że to bardzo przeżywa.
-
No dobrze. Przyjadę. O której mam być?
-
18 ci pasuje? – Spytała. Chciałem, by była szczęśliwa i przestała się
zadręczać.
-
To jesteśmy umówieni. Do zobaczenia.
-
Tak. Do zobaczenia Joey. – Zaśmiałem się. Lubiłem, kiedy Mils mnie tak
nazywała. Robiła tak na złość Nicholasowi.
Odkąd wstałem rano, miałem dziwne
przeczucie, że dzisiejszy dzień będzie przełomowy. Świadczyło o tym wezwanie na
rozmowę z McGannem.
-
Pojęcia nie mam, o co mu chodzi. – Powiedziała, Jess. W jej głosie wyczułem
zdenerwowanie. Nawet ani razu na mnie nie spojrzała.
-
Okej…- Powiedziałem powoli i nacisnąłem klamkę, by wejść do biura szefa. –
Kolejny durny żarcik szefa?! – Spytałem zły. To, co zobaczyłem doprowadziło
mnie do ogromnej furii.
-
Uspokój się Jonas. To Kaylee Evans, kuzynka Jessiki. Od dziś z wami pracuje.
Jest za Demi. – Powiedział szef.
-
Dee nikt nie zastąpi! – Krzyknąłem wściekły i opuściłem pomieszczenie…
*****
Siema ludzie xd! Co tam? Jak Wam
mijają święta? Ja już powoli wymiękam. Opieka nad trzylatkiem z „ADHD” to
ciężka praca.
Co do rozdziału: wg mnie to
beznadzieja, okropność i wgl blee. Ale nie miałam wyjścia. I tak jest po
terminie, i Myslef już jajka powoli znosi xd
To okropne uczucie, kiedy masz
wenę, ale nie masz czasu i ona ci ucieka.. ;/
Boję się ten rozdział komukolwiek
zadedykować. Chcę jeszcze pożyć do 18-stki xd
Za to zapraszam Was na bloga,
który wkrótce zostanie otwarty. Disneyowa-Krytyka, jak sam tytuł mówi, będzie o
krytyce. Jestem jedną z współautorek, z czego bardzo się cieszę. Dziewczyny,
jesteście odlotowe.! <33333
Z mojej strony to chyba wszystko. Mam
nadzieję, że mi wybaczycie za tak krótki rozdział. Obiecuję, że kolejny będzie
o wiele lepszy, bo należy do Myslef ;*
Do 22!
Sweet_Lemon
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz