[ by Sweet_Lemon ]
- Jak to nie wracasz?! – Jej paniczny
okrzyk trochę mnie zdołował. Kurde Jonas,
ty to potrafisz wszystko zepsuć, pomyślałem.
-
Nie mogę teraz wrócić. Mam za dużo pracy i nie mogę ot tak rzucić wszystkiego.
Obiecuję, że jak doprowadzę wszystko do porządku to wrócę pierwszym lepszym
samolotem. – Odpowiedziałem. Ale chyba tego nie kupiła, bo dalej spoglądała na
mnie ze łzami w oczach. – Dee…
-
Jesteś świnią Jonas! – Krzyknęła i zamknęła się w mojej sypialni. Postanowiłem
dać jej ochłonąć i przemyśleć wszystko. Czeka mnie „cudowna” noc na kanapie.
Od dłuższego czasu wpatrywałem się w
wyłączony telewizor i myślałem nad swoim życiem. Pomyśleć, że w tak krótkim
czasie tyle się zmieniło. Gdyby ktoś mi powiedział wcześniej, że tak będzie,
uznałbym go za nienormalnego lub chorego psychicznie.
Demi nie wyszła ani razu z pokoju. Skąd
wiem? Nie spałem tej nocy wcale. Najgorsze jest to, że dziś muszę iść do pracy,
a wcale mi się nie chce. Przymknąłem na chwile powieki, by przeanalizować sobie
każdy szczegół z mojego dotychczasowego życia. Dopiero teraz zdałem sobie
sprawę, że nigdy nie kochałem Annie. A ona traktowała mnie z pogardą. Być może
związałem się z nią, by zapomnieć o prawdziwej miłości? By zapomnieć o
Dee?
Bałem się zostawić Demi samej, ale muszę
przecież iść do pracy. Nie chciałem jej budzić ani spóźnić się na komendę. A
może po prostu jestem tchórzem i boje się z nią poważnie porozmawiać? Z tego
wszystkiego upuściłem szklankę. I mówią, że tylko kobiety tłuką wszystko z
roztargnienia. Szybko posprzątałem, napisałem liścik dla Demi i poszedłem do
pracy.
- Ogranij się Joe! Nic ci dzisiaj nie
wychodzi. Co jest? – Spytała Mayra. Była zła, może nawet gorzej. Nie dziwię się
jej. Nieprzespana noc plus kłótnia równa się wrak człowieka niezdolnego do
pracy.
-Wszystko
w porządku. Nie spałem w nocy i tyle. Bez skojarzeń! – Dodałem szybko. Dopiero
teraz zacząłem odczuwać zmęczenie. Nic dziwnego, było już dobrze po 16, a
cztery kawy nie za bardzo pomagają.
-
Problemy z dziewczyną? – Spytała.
-
Nie twoja sprawa. Zajmij się lepiej pracą. – Powiedziałem. Wydawało mi się, że
jest miłą osobą, ale najwyraźniej się myliłem. Coraz bardziej mi się wydawała
przebiegła i wścibska.
-
Macie wezwanie do zabójstwa. – Powiedział Josh, nasz współpracownik. Chociaż
tyle.
- Wróciłem. Jesteś? Dee? No proszę cię,
nie gniewaj się i porozmawiajmy. Demi? – rzuciłem klucze na ławę. Coś mnie
zaniepokoiło. W mieszkaniu było przeraźliwie cicho. Za cicho. Wszedłem bez
pukania do sypialni, ale tam nikogo nie było. Nie było mojej Demi! Za to w oczy
rzuciła mi się mała karteczka, leżąca na komodzie.
Joe
Wybacz,
ale ja tak nie mogę. Nie mogę żyć w kłamstwie. Mam nadzieję, że kiedyś mi
powiesz, dlaczego zachowałeś w tajemnicy prawdę o Annie. Powiedziała mi
wszystko. Wiedziałam, że się nie zmieniłeś. Zawsze byłeś i będziesz
kryminalistą, którego kocham. To jedno na pewno się nie zmieni. Byłabym Ci
bardzo wdzięczna, gdybyś o mnie zapomniał i ułożył sobie życie z Annie. Ona na
to zasługuje. Nie dzwoń, nie pisz, nie wracaj. Chcę jak najszybciej zapomnieć o
tobie i o tym, co nas łączyło. Ty też zapomnij.
D.
Czytałem tą wiadomość kilka razy i nie
mogłem w to uwierzyć. Ona mnie zostawiła! Tak po prostu wyjechała. Poczułem
gniew i złość na Annie. Ciekawy jestem, co jej nagadała. Szybko wyjąłem telefon
z kieszeni i wystukałem na klawiaturze dobrze znane mi cyferki.
-
Joe… prosiłam, żebyś nie dzwonił. To koniec. – Powiedziała zachrypniętym
głosem.
-
Najpierw musze się dowiedzieć, co powiedziała ci Annie.
-
To nie ma znaczenia. – Słyszałem jak pociąga nosem.
-
Owszem, ma! Nie rozumiem, dlaczego wyjechałaś. Co takiego powiedziała?! – Krzyknąłem.
-
Że ją zostawiłeś przed ołtarzem i to w dodatku była w ciąży! – Również
podniosła głos.
Musiałem usiąść z wrażenia.
-
Co?! To jakieś brednie. I ty jej uwierzyłaś?! No proszę cię. Ona skłamała. Nic
takiego nie miało miejsca!
-
Przestań Joe. To koniec. Żegnaj. – Powiedziała i rozłączyła się. Wściekły
rzuciłem telefonem o ścianę. Nie przeszkadzało mi, że teraz nikt się ze mną nie
skontaktuje. Jak ona mogła?! Nie dość, że okłamała mnie to musiała jeszcze Dee.
Nie wiedziałem, co robić. Po chwili się rozpłakałem. Tak po prostu.
Nic
mnie teraz nie obchodziło. Nie przeszkadzało mi, że zaleję się w trupa, że Demi
mnie rzuciła, że Annie ponownie zniszczyła mi życie. Jak dla mnie, mogłem
umrzeć.
-
Jeszcze raz to samo. – Powiedziałem do barmana. Wybrałem najbardziej zatłoczony
klub w Vegas, by, choć na chwilę nie myśleć o problemach. Miałem wielką ochotę
zemścić się na Annie, ale nie potrafiłem. Zastanawiałem się, dlaczego ona to
zrobiła. Czyżby dalej mnie kochała? A może jest po prostu zazdrosna? Z resztą
teraz to już nie ma znaczenia. Moje życie i tak jest do dupy.
- Co tym razem? – Spytałem Evana, który
badał zwłoki jakiegoś mężczyzny.
-
Dopiero przyjechałem. Będę wiedział za jakieś 15 minut. – Powiedział. Dokładnie
przyjrzałem się mężczyźnie i doznałem szoku.
-
Wiemy jak się nazywa? – Spytałem jak w amoku.
-
Nie. Chłopaki nie znaleźli żadnych dokumentów. – Odpowiedział mi Jose.
-
To Markus Black. I chyba wiem, kto za tym stoi. – Niech go tylko dopadnę, to
nic z niego nie zostanie.
Zastanawiałem się, skąd Markus wziął się
w Vegas. Wiedziałem, że ma wyjść niebawem na wolność, ale nigdy, by mi do głowy
nie przyszło, że spotkam go w Vegas. W dodatku martwego.
-
Ktoś chce z tobą rozmawiać. – Powiedziała Mayra. Od ponad godziny siedziałem w
bufecie i rozmyślałem. Skoro Markus tu był to musiał też być i Ben. Nie wątpię,
że Will też tu jest, albo był.
-
Już idę. – Odpowiedziałem. Wziąłem ze sobą kawę i ruszyłem za Mayrą. Od wyjazdu
Dee minął zaledwie miesiąc, a ja nie potrafiłem się pozbierać. Byłem zły na
siebie, że nie potrafiłem walczyć o nią. Poddałem się.
-
Zostawię Was samych. – Powiedziała Mayra i wyszła.
-
Jezuu. Czego ode mnie chcesz? Nie mam dla ciebie czasu. A nawet gdybym go miał
to i tak nie chciałbym z tobą rozmawiać.
-
To, chociaż mnie wysłuchaj! – Krzyknęła Annie.
-
Po co? Żebyś znowu kłamała?! Nie rozumiem, co ci go głowy strzeliło, żeby tak
okłamać Demi i zniszczyć mi do reszty życie! – Krzyknąłem.
-
Nie krzycz proszę.
-
Twoje łzy nic nie dadzą. Ja naprawdę cię kochałem, a teraz jedyne, co do ciebie
czuję to nienawiść. – Wycedziłem przez zęby. Wiedziałem, że źle robię, ale nie
panowałem nad tym.
-
Zrobiłam to, bo nadal cię kocham Joe! Nie rób mi tego. – Mówiła płacząc.
-
Lepiej idź, bo nie chcę na ciebie patrzeć. – Powiedziałem i wróciłem do swoich
obowiązków.
-
Nareszcie się odezwałeś! Nie miałeś czasu czy co? Mama o mało nie wyszła z
siebie.
-
Tak wiem, jestem zły synem i bratem. Nie miałem nastroju na rozmowy z kimkolwiek.
Poza tym nie miałem telefonu. – Odarłem. Rozmawiałem właśnie z Nicholasem. Był
zły, wyczuwałem to po jego głosie.
-
Jak to nie miałeś telefonu?! Tak ciężko go było kupić?
-
Nie pytaj, bo pewnie wiesz. Co słychać? – Szybko zmieniłem temat.
-
Eee… jakoś. Rodzice zdrowi, Kev ciągle pracuje, nawet sobie dziewczynę znalazł.
– Zaśmiał się Nick.
-
A u ciebie i Miles? Jeszcze cię nie zostawiła? – Spytałem.
-
Po staremu. Bardzo śmieszne Joe. To, że tobie i Dee nie wyszło, to nie znaczy,
że nam też. – Usłyszałem głos Miley, gdzieś w oddali.
-
Co masz mi powiedzieć? – Spytałem Nicholasa. Od samego początku ta rozmowa mi
nie pasowała. Wiedziałem, że o coś im chodzi.
-
To ci się nie spodoba Joe.
-
Co? Demi znalazła sobie pocieszyciela? To nie jest wcale koniec świata. Ma
prawo być szczęśliwa. – Powiedziałem, chociaż w duchu się
przeklinałem.
-
Nie żartuj sobie. Ona… ona. – Usłyszałem głośne westchnienie. – Ona nie żyje
Joe. Zginęła w akcji dwa tygodnie temu…
****
Napisałam ten rozdział resztkami sił. Czuję, że się wypalam…
Resztę pozostawiam bez komentarza… -_-
Następny należy do Myself.
Do 20.!
Sweet_Lemon
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz