[ by Sweet_Lemon ]
- Że co?! Ja z nim w jednej pracy?! Pan
chyba żartuje?! Mowy nie ma. Nie mam zamiaru codziennie widywać się z tym, tym,
z tym kimś zwanym potocznie Joe! Absolutnie, wykluczone. – Powiedziała Demi, a
ja po prostu się śmiałem. Dzisiejszy dzień należał do najlepszych. Nawet nie
zwróciłem uwagi jak mnie nazwała.
-Nie
Demi, nie żartuję. Jestem jak najbardziej poważny. – Odpowiedział jej McGann.
-
A nie może być w innym oddziale? – Spytała z nadzieją. Błagam, powiedz, że nie,
powiedz, że nie…
-
Nie, jest przydzielony tutaj. Poza tym tobie, Jessice i reszcie przyda się
jeszcze jedna osoba. – Jest! Uwielbiam cię gościu normalnie!
-
Czyli nie ma szans…
-
Nie nie ma.
-
Dobrze, ale jeżeli będzie mi wchodził w drogę to nie ręczę, że mu czegoś nie
zrobię. Poza tym będę go unikać jak tylko się da…- Zaczęła wyliczać swoje
warunki. Oj dziewczyno….
-
Lovato, opanuj się i przestań narzekać. Ja mam gorzej. Będę musiał spędzać całe
dnie w twoim towarzystwie i na dodatek podszkolić się od ciebie i Jess, a
wolałbym tylko od niej. – Powiedziałem na złość. Nie dość, że byłem rozbawiony
tą akcją to szczerze miałem jej powoli dość. Popatrzyła na mnie. Uuu, powiało
chłodem.
-
Słuchajcie, mamy wezwanie. – Powiedziała Jess, która jak strzała wpadła do
gabinetu.
-
No to do roboty. – Powiedział McGann. Podnieśliśmy się z krzeseł i
skierowaliśmy w stronę drzwi.
-
Co się stało? – Spytała Lovato Jess, wsiadając do samochodu.
-
Dostaliśmy telefon od jakiejś staruszki. Mówiła, że zostawiła wnuczkę na
podwórku na chwilę a gdy wróciła jej już nie było. – Odpowiedziała. Nie
odzywałem się, bo, po co? Ignorowanie Demi wychodziło mi na razie najlepiej.
-
Demi, Joe idźcie się rozejrzeć, ja porozmawiam z ta panią. – Powiedziała Jess,
kiedy byliśmy na miejscu. Chcąc czy nie, musiałem być z Lovato.
-
Może zacznijmy od…- zacząłem, ale mi perfidnie przerwała.
-
Zacznijmy od pobliskiego lasu. – Bez słowa skierowaliśmy się w jego stronę. Bez
przeszkód mógłbym napisać esa do Kevina, jakie to mam szczęście pracować z taką
panią policjant jak Lovato.
Kiedy
szliśmy w całkowitej ciszy, usłyszałem jak coś się rusza.
-
Ej Lovato, mówię do ciebie. – Warknąłem. Mówię i mówię a ona nic. Tak nie może
być.
-
Czego? – Ona również warknęła. Jak tak ma wyglądać nasz praca, tylko na tym, że
ciągle się psioczymy to ja dziękuje.
-
Mówiłem, że tam się coś rusza, głucha jesteś czy twój mały umysł zajmuje taka
przystojna i mądra osoba jak ja. No wiem, że jestem boski, ale skup się na
pracy. – Powiedziałem. Zrobiłem to specjalnie, by rozładować beznadziejną
atmosferę.
-
Jeszcze jedno słowo a pożegnasz się z życiem. – Ostrzegła. Ja się ciebie nie
boję kochana.
-
Oo, jaka groźna. – Jak lecieć w kulki to na całego, nie? – Lepiej będę uciekał,
bo skończę w tej małej rzece. – Zaśmiałem się. Mój cel został osiągnięty i
Lovato się wściekła. Zaczęła się zbliżać do mnie. Poczułem, że tracę grunt pod
nogami i w ostatniej chwili złapałem Demi za rękę, potem wpadliśmy razem do
wody.
-
JONAS! – Krzyknęła. Hello! Ja tu stoję (?) koło ciebie.
-
Kobieto, nie drzyj się! Słyszę cię przecież. – Powiedziałem zły. Wyszedłem z
wody. Lovato jakoś nie potrafiła z niej wyjść. Widać, kto tu na basen chodził.
Poirytowany tym, że nie poprosiła mnie o pomoc, sam złapałem jej
rękę i wyciągałem z wody. Kiedy się wyprostowała, przestrzeń
pomiędzy nami zmalała do tego stopnia, że stykaliśmy się ciałami. Poczułem jak
fala gorąca uderza we mnie. Demi przez cały czas usilnie wpatrywała się we mnie
jak w święty obrazek. Nie powiem, jej oczy też były hipnotyzujące. Nasze twarze
z każda sekundą były coraz bliżej siebie. Mało brakowało i na pewno doszłoby do
pocałunku. Dobrze, że Demi ma trzeźwy rozum i jako pierwsza się ocknęła.
-
Szukajmy dalej. Musimy znaleźć tą dziewczynkę. – Powiedziała i odwróciła się.
Za żadną cholerę nie mogłem zapomnieć o niedoszłym incydencie.
Po chwili usłyszeliśmy jakiś szelest.
Podążyliśmy w jego kierunku. Przy rzece, na kamieniu siedziała nasza zguba.
Uśmiechnąłem się lekko.
-
Ty jesteś Abbie? – Zadała pytanie dziewczynce Dee.
-
Ta…tak. – Odpowiedziała jej mała. Była bardzo wystraszona. – A pani, kim jest?
– Spytała.
-
Twoja babcia do mnie zadzwoniła. Martwiła się o ciebie. Chodź zaprowadzimy cię
do domku. – Powiedziała Demi, a mała podała jej rękę i wstała.
-
A co ty tu robiłaś? – Spytałem. W końcu mam się uczyć, nie?
-
Pobiegłam za motylkiem a potem nie wiedziałam jak wrócić. – Odpowiedziała.
Uśmiechnąłem się, na co ona również odpowiedziała mi uśmiechem.
-Abbie, mój Boże, dziecko nic ci nie
jest? – Spytała babcia wnuczkę.
-
Nie, babciu. – Odpowiedziała mała i się przytuliła do niej.
-
Em Dee, Joe, czemu jesteście mokrzy? – Spytała nas Jess. No pięknie. Za mało
słońca w lesie było.
-
Mały wypadek przy pracy. – Odpowiedziałem jej.
-
Na serio? – Spytała. Jej podejrzliwość mnie dobijała. A było tak fajnie…
-
No dobra. Chciała mnie zabić, ale wlecieliśmy do rzeki. – Odpowiedziałem w
końcu, a Jess wybuchła śmiechem. Uwielbiam rozśmieszać innych.
-
Nie no bardzo śmieszne, wiesz. Dzięki. – Powiedziała Demi. Pożegnaliśmy się z
panią i jej wnuczką i wsiedliśmy do samochodu.
-
A czy coś się stało nad tą rzeką? Bo jakoś się nie odzywacie do siebie, znaczy
nawet nie kłócicie. – Spytała w aucie Jess. Kobieto! Zmieniam zdanie. Wolę,
żeby Dee mnie szkoliła. W kogo się wdała? Założę się, że jej babcia była
ciekawska.
-
Nie, nic się nie wydarzyło. A czemu się nie kłócimy to nie wiem, ale możemy to
zmienić. – Odpowiedziała jej Demi.
Szczerze, to nie chciałbym tego zmieniać…
-Ty jeszcze tutaj? – Spytała Jess
zakładając kurtkę.
-
Muszę jeszcze te papiery uporządkować. Spóźniłaś się, Demi wyszła. – Dodałem.
Odchyliłem się na krześle i rzuciłem
długopisem.
-
Trudno. Poradzisz sobie? Bo jak tak to idę. Chłopak na mnie czeka. – Lekko się
zarumieniła i spuściła głowę.
-
Daj spokój. Leć. Aaaa dzięki za numer.
-
Nie ma, za co. Do jutra.
-
Cześć. – Powiedziałem. Namiętnie gapiłem się na telefon. Do końca nie byłem
pewny jak to rozegrać, by wszystko dobrze poszło. Wkurzony wziąłem dokumenty,
telefon, zgasiłem lampkę i wyszedłem. W końcu, po co sam mam zostawać w pracy?
Zdążyłem wysłać wiadomość do Dee zanim wsiadłem za kierownice:
Hej.
Tu Joe. Mogłabyś wpaść do mnie?To bardzo ważne i od tego zależą twoje stosunki
z siostrą i moim bratem.
Kliknąłem „wyślij” i odpaliłem samochód.
Musiałem szybko być w mieszkaniu i wcześniej uprzedzić mojego młodszego brata o
planie. Kevin już wiedział, co planuje i nawet się dołączył do mnie.
Stojąc na światłach dostałem wiadomość
od Demi:
A
co czarodziejem jesteś, ze przyjadę to od razu wszystko będzie dobrze? Sorry,
ale nie mieszaj się w te sprawy. Moja wizyta i tak nic nie zmieni.
Nie powiem jej wiadomość mnie zdziwiła.
I tak postawię na swoje, czy ona tego chce czy nie. Byłem pewny, że mój
pomysł wypali. Musiałem tylko zaufać Kevinowi i powierzyć mu sprawy, których
nie mogłem załatwić. Modliłem się w duchu by się udało. Chwilę później byłem
pod blokiem. Zauważyłem auto mojego brata, co oznaczało, że jak na razie
wszystko idzie jak należy. Zanim wysiadłem musiałem odpisać Dee:
Choć
raz mi zaufaj. Bądź w domu. Przyjadę za pół godziny.
Wysłałem wiadomość i pędem rzuciłem się
w kierunku mojego domu. Miałem szczęście, że widna była na dole. Skorzystałem z
tego i byłem jeszcze szybciej w domu.
-
Hej Kev. Słuchaj. Wooo…- Przerwałem. – Nie no. Postarałeś się. Dal wie? Zaraz
jadę do Demi. Znaczy się po nią. – Nieźle się plątałem. To wszystko ze
zmęczenia. Musze powiedzieć, że Kevin ma smykałkę do organizowania imprez.
-Wie.
Za chwilę zadzwonię do Nicka i Miley. Demi się w ogóle zgodziła? – Spytał
przestawiając stół.
-
Chyba żartujesz. Musimy coś zrobić, bo Mils wygląda jak żywy trup, a Nick się
wścieka, że to przez Demke. Na dodatek Dal ma jej dość. W pracy też jest nie
możliwa. – Powiedziałem siadając na kanapie. Dobrze jest mieć własne
mieszkanie. Po chwili usłyszałem dzwonek do drzwi.
-
Kto to? – Spytałem mojego brata. Wyjątkowo dziwnie się rozpromienił i w
podskokach poszedł otworzyć. Poczułem wibrację w kieszeni. Szybko wyjąłem
telefon i odczytałem wiadomość:
Dobra.
Ale robię to jeden jedyny raz.
Mimowolnie się uśmiechnąłem. Mam dar
przekonywania.
-
Witaj Joe. – Powiedziała Dal. To już wiem, czemu się tak zachował.
-
Cześć. Będę leciał. Twoja siostra się zgodziła przyjść. Nie rozwalcie domu! – Krzyknąłem
będąc przy wyjściu.
Droga do domu Lovato zleciała mi
za szybko. Nie wychodziłem po nią, bo, po co. Czekałem w aucie aż
przyjdzie. I końcu się zjawiła.
-
Cześć. – Powiedziałem, gdy wsiadła.
- Cześć. – Odpowiedziała.
- Zapnij może pas. – Powiedziałem.
- Jestem gliną, wiem, że trzeba je zapinać.
- Widocznie nie. – Szepnąłem pod nosem, ale usłyszała to. Odwróciła się do mnie i zaczęła.
- Słuchaj masz jakiś problem to...
- Dobra nic nie mówię. – Przerwałem jej, aby uniknąć kłótni.
- A tak w ogóle to, po co się mieszasz? – Spytała ostro.
- Cześć. – Odpowiedziała.
- Zapnij może pas. – Powiedziałem.
- Jestem gliną, wiem, że trzeba je zapinać.
- Widocznie nie. – Szepnąłem pod nosem, ale usłyszała to. Odwróciła się do mnie i zaczęła.
- Słuchaj masz jakiś problem to...
- Dobra nic nie mówię. – Przerwałem jej, aby uniknąć kłótni.
- A tak w ogóle to, po co się mieszasz? – Spytała ostro.
-
Nie zależy ci żeby pogodzić się z siostrą? – Spytałem, zerkając na nią.
- Zależy, ale, po co ty się mieszasz?! – Krzyknęła. Boże, co za baba.
- Zależy, ale, po co ty się mieszasz?! – Krzyknęła. Boże, co za baba.
-
Nie ważne, chyba nie o to chodzi.
- Owszem ważne...- Dalej nie dawała za wygraną.
- Owszem ważne...- Dalej nie dawała za wygraną.
-
Zrób jedną rzecz i choć raz mi zaufaj. – Powiedziałem stając na
światłach.
- Już to zrobiłam.
- Dobrze, więc zaufaj mi jeszcze teraz. – Odparłem. Nie powiem, zdziwiła mnie.
- Już to zrobiłam.
- Dobrze, więc zaufaj mi jeszcze teraz. – Odparłem. Nie powiem, zdziwiła mnie.
-
Ale po prostu chcę wiedzieć, dlaczego to robisz. – Zacisnąłem mocniej dłonie na
kierownicy. Nie chciałem się denerwować, więc przez chwilę milczałem. – Proszę cię,
Joe. – Mówiła błagalnym tonem.
-
Powiem ci, ale za chwile. – Mruknąłem. Zamiast jechać do domu, gdzie czekali na
nas moi bracia i jej siostry, pojechałem w moje ulubione miejsce.
Po jakiś 20 minutach się zatrzymaliśmy.
Szybko wysiadłem z auta i oparłem się o barierkę. Przywiozłem Lovato nad
wzgórze, z którego widać calusieńkie Los Angeles.
-
Co tu robimy? Jak mniemam to nie jest…. Boże, ale tu pięknie. Jak wpadłeś na to
miejsce? – Spytała Demi. Zaśmiałem się krótko. Kto by powiedział, że Demi
uwielbia takie widoki.
-
Chciałaś, żebym ci powiedział, dlaczego ci pomagam. – Powiedziałem szeptem.
Wyprostowałem się i spojrzałem, na Dee.
Przyglądała mi się uważnie i czekała, aż wznowie swoją wypowiedź.
-
Jest kilka powodów, dla których to robię.
-
Nie rozumiem. – Zmieszała się.
-
Robię to, bo nie mogę znieść cierpienia Mils i mojego brata. Robię to dla
ciebie, bo….- Zawahałem się na chwile. Czy to najwyższy czas, żeby jej
powiedzieć? Westchnąłem i ponownie oparłem się o barierkę. Tchórz ze mnie i
tyle.
-
Dlaczego to robisz dla mnie? – Spytała Demi, podchodząc do mnie.
-
Bo mi kurwa na tobie zależy! Zależy mi na twoim szczęściu! – Krzyknąłem. Po
chwili dopiero zdałem sobie sprawę z tego, co powiedziałem. Wystraszony
spojrzałem na nią. Stała oszołomiona i patrzyła na mnie ze zdziwieniem. –
Wybacz, nie chciałem. Jedźmy już. Pewnie się niecierpliwią. – Powiedziałem.
Spojrzałem ostatni raz na LA i skierowałem się w stronę samochodu.
-
Poczekaj chwilę Joe! – Krzyknęła za mną. Stanąłem, ale się nie odwróciłem. Po
chwili poczułem jak się do mnie przytula i cicho szlocha. Objąłem ją lekko i
czekałem na kolejny ruch.
-
Dziękuję ci. – Szepnęła. – Nigdy nikt nie zrobił czegoś takiego dla mnie.
Dziękuje. – Poczułem jak lekko całuje mnie w usta. ONA! Przecież tak mnie
nienawidziła. – Przepraszam. Jedźmy. – Szepnęła. Otrząsnąłem się i wsiadłem do
auta.
- Co tak długo! – Warknął Nicholas,
kiedy wszedłem do mieszkania. Wyminąłem go bez słowa i przywitałem się z Mils.
Demi stała za mną i widziałem jak przeprasza mojego brata. Nie chciałem im przeszkadzać,
dlatego po kryjomu poszedłem do swojego pokoju po papiery z komisariatu.
Wziąłem je i udałem się na balkon. Rzuciłem je na stolik i wróciłem do środka
po wino. Zauważyłem, że Kevin z Dallas świetnie się dogadują.
-
Nie zostaniesz? To wszystko dzięki tobie. – Powiedziała Dal.
-
Mam trochę papierkowej roboty. Pożyczę od was tylko lampkę wina i mnie nie ma.
Cieszę się, że mogłem pomóc. – Powiedziałem. Zabrałem butelkę z winem i
wyszedłem ponownie na balkon.
Miałem nalewać sobie resztkę wina, kiedy
koło mnie usiadła Dee.
-
Dziękuje. – Powiedziała i pocałowała mnie w policzek. Zdziwiłem się jej
zachowaniem.
-
Nie masz, za co. – Powiedziałem. – Mogę o coś spytać? – Dodałem po chwili.
Kiwnęła twierdząco głową. – Dalej uważasz, że powinienem gnić w więzieniu?
-
Ty znowu swoje. Było minęło. Szczerze? Wolę, kiedy jesteś na wolności. Jeszcze
raz dziękuje. Dobranoc Joe. – Powiedziała. Wspięła się na palce i ponownie
dzisiejszego wieczora pocałowała mnie w usta. Uśmiechnęła się i zniknęła.
Osłupiały stałem jak na balkonie, patrząc w miejsce, w którym stała przed
chwilą Demi..
*******
Matko!
Nareszcie skończyłam. Pisałam, pisałam, pisałam i nie mogłam napisać.
Mam nadzieję, że się Wam spodoba. Strasznie długo mi wyszedł i nawet nie
wiem co w nim jest xD
Następny należy do Myself ;*
Dedykacje:
Myself dziękuje ;*( wiesz za co )
Mrs.HaPPy obiecuję, że kolejna nowość na ed Cię zaskoczy xD
I chyba tyle. Jak kogoś pominęłam to przepraszam. Jeśli są błędy to wybaczcie, ale nie mam czasu na sprawdzanie.
Do dwunastego!
Sweet_Lemon ;*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz